GW – Natan, byliśmy szczęśliwi. Natanowi Tenenbaumowi i tym z Marca ’68

Źródło:

GAZETA WYBORCZA

19 Marca 2016

Magazyn Świąteczny

Natan, byliśmy szczęśliwi. Natanowi Tenenbaumowi i tym z Marca ’68

gazeta-wyborcza
Pogrzeb Natana Tenenbauma na leśnym cmentarzu Skogskyrkogarden w Sztokholmie, 17 marca 2016 r. (Fot. Leo Leszek Kantor)

Chciał nieść radość. Zawsze i wszystkim. Chodził uśmiechnięty od rana do wieczora. Na tej ziemi.
Lecz chroń mnie, Panie, od pogardy,
Przed nienawiścią strzeż mnie, Boże

Natan Tenenbaum, „Modlitwa o wschodzie słońca”

Rok 1960. Szef działu oświaty Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce (TSKŻ) Ignacy Felhender zaprosił wychowawców kolonii letnich dla żydowskich dzieci na tydzień do Śródborowa koło Otwocka. A dzieci rozjechały się już po Polsce. (Kiedy szliśmy z grupami ulicą Świętojańską w Gdyni w stronę skweru Kościuszki, żeby zobaczyć „Dar Pomorza”, ludzie przystawali i pytali, skąd są te dzieci. Kłamaliśmy, że to kolonie Ministerstwa Kultury. – Aha, rozumiemy – odpowiadali gdynianie).

W Śródborowie pachniał las świerkowo-sosnowy. Gdzieniegdzie leszczyna, kilka jarzębin przypominało czerwienią o nieuchronnie nadchodzącej jesieni, chociaż wrzesień zawsze był piękny. Graliśmy w siatkówkę. Natan Tennebaum, rocznik 1940, ku radości wszystkich serwuje i puszcza w powietrze swoją protezę (bawił się granatem po wojnie na wakacjach w Świnoujściu, oderwał mu kawałek rączki). Śmiejemy się, kochamy go.

Chciał nieść radość. Zawsze i wszystkim. Chodził uśmiechnięty od rana do wieczora. Jego dziewczyna Kama nie opuszczała żadnej gry, jej długi warkocz, ciemny blond, dłuższy niż ona sama, fruwał po całym boisku.

Michał Ponczek z Wrocławia dał mi ponosić swoją niebieską polówkę, miał dwie, druga była zielona. Ojciec przysłał mu z Paryża. Miał tam piekarenkę.

Józek Sobelman dawał pojeździć swoją białą lambrettą, to była dopiero radość, taka jazda w stronę Otwocka po miękkich leśnych dróżkach, wysłanych świerkowym igliwiem, a wzdłuż nich kępki jagód czerwonych i czarnych. Ktoś złamał nogę, nosiliśmy go na rękach, żeby nie siedział sam w pokoju.

W powietrzu unosiła się radość. Żyli jeszcze rodzice. To miejsce, te zapachy i kolory pól i zapraszające do spaceru dróżki leśne uważaliśmy trochę za swoje, już przed wojną były tu żydowskie dzieci. Nikt nam jeszcze nie zamknął tego krajobrazu na 20 lat. Nikt nam jeszcze niczego nie odbierał. Jeszcze nie okazano nam pogardy ani nienawiści. Pan Bóg, a może po prostu przypadek, uchronił nas w tej wojnie. Hitler wysłał pod ziemię miliony. A my jesteśmy. Na tej ziemi. Szczęśliwi.
W Opolu w 1965 r. wymyśliłem Zimową Giełdę Piosenki Studenckiej. Jest do dzisiaj. Był Grześkowiak, Marek Grechuta, Teresa Tutinas, Mateusz Święcicki, Leszek Długosz, Jonasz Kofta. Poprosiłem Włodka Greczanika z Legnicy, żeby napisał muzykę do tekstów Natana. Powstała „Szwajcaria Kaszubska” – piosenkę nagrodzono. Zadzwoniłem do Natana, że idzie dobrze i że dopisujemy muzykę do kilku innych jego tekstów, i kosimy nagrody na festiwalach studenckich, i chałturzymy po kraju.

A Hybrydom odmówiono udziału w Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu w 1965 r. Nawet w kabaretonie. Janek Pietrzak chce przyjechać z kabaretem, Jonasz Kofta z „Pamiętajcie o ogrodach”, a Janina Ostala z tekstem Natana „Jutro i dziś”:

W hotelach robotniczych
w musztardówkach parzymy herbatę,
Wdzięczny lud nam to kiedyś policzy
I w pomnikach wyrazi zapłatę.

Przeczytajcie, jest w internecie. Najmocniejszy tekst przeciwko władzy ludowej w tamtych czasach. A może w ogóle w Polsce Ludowej. Innego nie pamiętam. Na podobny nikogo nie było wtedy stać. Natan umiał i chciał tak z nimi rozmawiać.

Instaluję więc kabaret Hybrydy w Klubie Studentów „Skrzat”. Zorganizowałem taki w Opolu. Istnieje do dzisiaj. „Uśmiech z erratą” będą odpalać około 23, żeby jury Festiwalu Polskiej Piosenki mogło przyjść któregoś wieczoru na przedstawienie. Grają przez trzy dni. Studenci szaleją za „Jutro i dziś”. Nadzwyczajny tekst. Ktoś wykradł taśmę ze studenckiego radiowęzła. Kasety polecą potem po całej Polsce.

W archiwach IPN-u można dzisiaj przeczytać donos na Kantora: „utrzymywał ścisłe stosunki z podporą klubu syjonistycznego Babel przy TSKŻ-cie Natanem Tennenbaumem”. Donosił do UB student. Dzisiaj profesor filozofii w Opolu. Na mój tzw. złoty wykład rektora uniwersytetu w 2010 r. nie miał odwagi przyjść. Umówiliśmy się na kawę. Chciałem usłyszeć, dlaczego tak wtedy czynił. „Byłem z małej wsi pod Kielcami, tęskniłem bardzo za rodziną, nigdy nie miałem na bilet do domu”.

Przychodzi do Opola depesza z Warszawy w listopadzie 1965 r., mam zadzwonić w ważnej sprawie. Dzwonię z portierni w akademiku. – Słuchajcie, Kantor, ja wam muszę coś ważnego powiedzieć (mówili do nas w liczbie mnogiej). Postanowiliśmy po raz pierwszy zorganizować pod koniec roku studencki obóz zimowy, macie tam być kierownikiem, w Jagniątkowie koło Kudowy-Zdrój.

Mówi do mnie Felhender: – Kogo chcecie do pomocy? – Natana i Michała Ponczka. – Ponczka nie możemy, bo doszły nas słuchy (do Zarządu Głównego TSKŻ-etu, znaczy się), że popchnął matkę w kuchni na lodówkę. – Spałem tam u nich tydzień temu we Wrocławiu, widziałem, jak ją przytulał. – No to bierzemy, odpowiada.

Przyjeżdża z całej Polski ponad stu studentów. 20 osób na własną rękę ulokowało się w miasteczku. Śpiewamy, gadamy, pijemy. Jesteśmy szczęśliwi.

Dzwoni Felhender: – TSKŻ obchodzi urodziny, trzeba zrobić pogadankę. – U mnie nie będzie, odpowiadam, nikt się na tym nie zna. – No to chociaż gazetkę ścienną.

Idę do chłopaków: – Napiszcie coś.

Rano wali w drzwi mój „zastępca do spraw gospodarczych” z TSKŻ-etu. Jest afera. Namalowali Żyda pejsatego, w powietrzu, jedną nogą w Polsce, drugą w Izraelu, i napisali: „Nasze następne piętnastolecie”. Szkoła po dwóch tygodniach w Jagniątkowie opustoszała. Stoimy z Natanem przy oknie, robotnicy składali łóżka. – Natan, mówię, sporo chce wyjechać, co się dzieje? Może jak już wyjeżdżać, to razem. – Ja nie wyjadę, odpowiedział, boję się, że może mi zabraknąć tego prozaicznego śniegu. (W Jagniątkowie padał śnieg, na początku stycznia 1966 r. płatki śnieżynek połyskiwały w blasku latarni w ciemności tej nocy na tej ziemi. Tak było).
Marzec 1968. Trzeba się pakować. Mnie wywalają z pracy na uczelni w Opolu. Michała Ponczka wzywają na komendę wojewódzką SB we Wrocławiu. – Kto namalował tę gazetkę ścienną w Jagniątkowie? – pytają. To samo pytanie zadają na komendzie MO w Łodzi Michałowi Mackinowi.

Jadę po wizę do Warszawy z dokumentem podróży w jedną stronę w kieszeni. Posiadacz tego dokumentu nie jest obywatelem polskim. Umawiam się z Natanem w Hybrydach, żeby się pożegnać. Przychodzą też Jonasz Kofta i Włodek Herman, legendarny reżyser, m.in. „Szewców” Witkacego w Teatrze Kalambur. Kofta mówi: – Też bym teraz wyjechał, ale nic nie umiem, tylko pisać po polsku.

Włodek wyjedzie do Danii. Natek chce zostać. Daje mi kartkę papieru z poematem „Chochoły”: – Zrób coś z tym, jak wyjedziesz. Ja zostaję, chociaż Kama bardzo naciska na wyjazd.

Sztokholm, luty 1969 r. Dzwoni z Monachium Jan Nowak-Jeziorański: – Nadajemy do kraju „Chochoły”, proszę pana tylko do mojej wiadomości, kto jest autorem? – Nie mogę nic powiedzieć, autor jest w Warszawie, może wyjedzie, wtedy zgłosi się do was. – U mnie jest 20 polonistów, wszyscy twierdzą, że albo Słonimski, albo Woroszylski – mówi Jeziorański. – Niestety, naprawdę nie mogę. – Przylecę do Sztokholmu, mamy biuro, jeszcze tam nie byłem, porozmawiamy w cztery oczy. Jeśli pan chce, mogę przywieźć propozycję umowy o pracę u nas.