GW Wrocław Dorota Wodecka

Źródło: Gazeta Wrocław

Dorota Wodecka: Z Ireneuszem Dobrowolskim planujecie nakręcenie filmu o powojennym Wrocławiu. Co pana tak tutaj ciągnie?

Leszek Leo Kantor*: Wrocław jest dla mnie ziemią nie tylko najbliższą, ale i najświętszą. Mimo że urodziłem się w Charkowie, dorastałem w Strzegomiu, studiowałem w Opolu, a od 1969 roku mieszkam w Szwecji, to jednak płaczę na cmentarzu przy ul. Lotniczej, a nie pod ścianą płaczu w Jerozolimie. To tu spoczywa moja mama, która umarła w lipcu 1968 roku. Miała 49 lat, a ja nic nie mogłem zrobić.

Tym filmem chce pan jej symbolicznie zadośćuczynić za swoją nieobecność?

– Gdyby to było takie proste, tobym już tysiąc filmów nakręcił. Jej samotnego umierania w szpitalu nie da się wymazać. Jej tęsknoty za wyjazdem do Awstralii (bo tak się mówiło po rusko-żydowsko-polsku o Australii) i myśli o grobie, przy którym przez 20 lat nie stanąłem, nie zapaliłem znicza i nie przyciąłem wszechobecnego zielska. Nie mogłem przyjechać, ale rana pozostała. Ale to rana po wyrwie całej społeczności żydowskiej Wrocławia i Dolnego Śląska. We Wrocławiu zostało nieco ponad stu Żydów, a przecież po wojnie mieszkało ich tu około 20 dwóch tysięcy. Ponad sto tysięcy żyło w małych miasteczkach Dolnego Śląska. Należy im się ten film. I należy się miastu, bo nie ma filmów o żydowskim Wrocławiu.

Co by pan chciał przywołać?

– Czas, kiedy to nie w Narodowym Banku Polskim w Warszawie, lecz w kawiarni Hotelu Monopol i w sklepie z dodatkami krawieckimi ciotki Poldka Sobela przy ulicy Łokietka ustalał się kurs dolara. W tych miejscach załatwiało się carską monetę ze złota, tzw. świnkę, lub złotego dolara. Zaszywało się je potem w kieszeni, wkładało do butów lub nosiło pod biustonoszem. Ewentualnie trzymało w piecu pod obluzowanym kaflem albo pod chwiejącą się podłogą. Funkcjonariusze władzy ludowej często rozrywali podłogi i piece, przerzucali węgiel w piwnicy, wysypywali pierze z pierzyn, żeby wreszcie znaleźć te 10 dolarów lub „świnkę”. I wiadomo, przesłuchanie. Ale można się było wywinąć.

Jak?

– Znaleźć w kawiarni w Hotelu Monopol kogoś, kto zna oficera śledczego. A na pewno ktoś znał, bo w Monopolu bywali wszyscy: ubecja i handlarze walutą, złodzieje i piękne kobiety ze Lwowa, artyści, kapusie i prostytutki. A z oficerem już można się było dogadać, odwołując się do wspólnej kresowej przeszłości. Wspomnieć, że ojcowie się znali. I że jeden miał sklep bławatny w Drohobyczu, a drugi był porządnym polskim adwokatem, jeździł na wczasy do Truskawca i czasem bronił żydowskich kupców, a nawet komunistów. I przeważnie z uwagi na tę czy inną znajomość można było coś w sprawie znalezionej „świnki” zrobić. Wszak szło o ratowanie człowieka i wolnej komercji. Przecież we Wrocławiu kwitł wolny handel międzynarodowy. Walizkami, kakao i złotem. W myśl zasady: im więcej kakao, tym więcej złota.

Co ma jedno z drugim wspólnego?

– Kiedy Władysław Gomułka zwolnił od cła przywozowego kakao, w Wiedniu w pewnej polskiej firmie zdecydowano mieszać kakao z opiłkami złota i w oryginalnym opakowaniu wysyłać je do Wrocławia i Łodzi. Tu wsypywano je do wody. Opiłki szły na dno, po czym przetapiano je bez grama straty na sztabki. Kto stał za tym genialnym pomysłem? Ślady wiodą do prof. Richarda Pipesa, doradzającego prezydentowi USA Ronaldowi Reganowi, jak rozwalić komunizm. Ten słynny antykomunista i profesor Harvardu wyrastał w rodzinie cieszyńskich fabrykantów czekolady. Przed wojną jego ojciec sprowadzał do Polski z Wiednia torciki zwane dziś wedlowskimi, ale sprzedał firmę Wedlowi. I dobrze, bo miał pieniądze na bilet do USA, kiedy wybuchła wojna.

Ta niezależna wrocławska strefa gospodarcza działała aż do 1968 roku, mimo że sprawa wydawała się przegrana, kiedy w Warszawie z walizki znanego muzyka Jana Cajmera celnicy wyjęli patelnię wykonaną w całości z przetopionego złota. Ale rozeszło się po kościach, bo nie wszyscy się przy wrocławskich patelniach chcieli kręcić w obawie, żeby nie usmażyć sobie na nich swojej własnej dupy.

A walizki?

– Kilka polskich warsztacików kaletniczych w Legnicy prowadziło produkcję największych w tym czasie w Europie waliz. Były potrzebne stacjonującym w Legnicy Rosjanom, którzy jadąc na urlop, napychali je damskimi halkami, pończochami, kapami na łóżka, swetrami. W drewnianych listewkach dla innych niż radzieccy oficerowie klientów polskie złote rączki wydłubywały rowki, w których można było ukryć monety i skręcone w ruloniki dolary. I wywieźć. Nikt nie wpadł. Był to majstersztyk polskiego rzemiosła i żydowskiej pomysłowości. Mój ojciec też wywiózł z Wrocławia do Sztokholmu pięć złotych „świnek”. Nie wiem, co z nimi teraz zrobić, bo nie potrzebuję ani złota, ani kasy. Może do Muzeum Historii Żydów Polskich oddać, jak się zbuduje?

I o tym handlowaniu chcecie nakręcić film?

– I o tym, jak szybko polscy Żydzi zorganizowali swoje życie na ruinach. Urządzili synagogę, stołówkę dla niezamożnych, przychodnię lekarską, koszerną jatkę, która dotrwała do 1968 r., dom dziecka, żłobek, przedszkole i szkoły. W 1947 roku były już cztery szkoły: Liceum Ogólnokształcące, Prywatna Hebrajska Szkoła Powszechna, Żydowska Szkoła Muzyczna im. Bronisława Hubermana, Żydowska Szkoła Baletowa. I o tym, jak ze składek, cegiełek i pracy fizycznej społeczności żydowskiej Wrocławia powstał w 1949 roku pierwszy w Europie Teatr Żydowski, dziś Teatr Polski przy ulicy Świdnickiej. Niedawno wmurowano tam piękną tablicę po jidysz i po polsku przypominającą, że występowała w nim legenda teatru żydowskiego Ida Kamińska. Jedyna aktorka z całego bloku komunistycznego nominowana do Oscara za rolę w czeskim filmie „Sklep przy ulicy głównej”. Sam Szymon Szurmiej, który zaczynał karierę we Wrocławiu, grał u niej potem trzeciego żołnierza w drugie odsłonie.

Tu był nie tylko pierwszy teatr w Europie, ale i pierwszy kiosk z prasą żydowską. Na Włodkowica, w 1947 roku. Jakaś amerykańska agencja fotograficzna ma zdjęcie. Wspomnimy spółdzielnie pracy, trochę sklepików, warsztatów szewskich i blacharskich, naprawy rowerów, zakładów krawieckich, szczotkarskich i fryzjerskich. I gospodarstwa rolne pod Bielawą i Dzierżoniowem i tysiące robotników żydowskich, którzy szli do pracy na szóstą rano razem z polskimi do fabryk do Państwowej Fabryki Wagonów we Wrocławiu.

Wielu wspierało komunistów?

– We wszystkich oddziałach komitetów żydowskich w każdym mieście było łącznie 30 członków partii. Tu na Dolnym Śląsku ludzie nie budowali partyjnych karier. Mój ojciec gardził partyjnymi, nie przekroczył nigdy w życiu nawet oddziału PCK. I żyli z Polakami zgodnie, bo i Żydzi i kresowiacy mieli lekko potłuczone życiorysy, więc tym łatwiej było im się dogadać. Chociaż były wypadki indywidualnego nękania, pobicia czy nawet zabicia.

Wyjeżdżali stąd już w 1946, po pogromie kieleckim.

Pamiętam ten straszliwy niepokój, te długie nocne rozmowy, dokąd uciekać, bo Izrael dopiero powstawał.

Cały tekst: http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,9163239,Do_Wroclawia_nie_moglem_przyjechac__ale_rana_pozostala.html#ixzz2H6WQBHrh

bez-nazwy-1