Podać rękę w Auschwitz

Źródło:

Podać rękę w Auschwitz

Nie mogę podać ręki Martinowi Adolfowi Bormannowi tu, w Oświęcimiu – mówi 60 – letni dziś polsko-żydowski ksiądz katolicki Jakub Romuald Weksler-Waszkinel, wykładowca filozofii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jako miesięczne niemowlę został cudem uratowany z żydowskiego getta przez Polkę. – Nie jestem do tego upoważniony w imieniu ponad miliona zmarłych leżących pod moimi stopami tu, w tej umęczonej ziemi. Może później, poza obozem.
Martin Bormann junior, Jakub Romuald Weksler-Waszkinel i ja spotkamy się 8 maja, w rocznicę zakończenia drugiej wojny światowej, na prezentacji filmowej w Szwedzkim Narodowym Instytucie Filmowym w Sztokholmie traktującej o godności ludzkiej, pojednaniu i tolerancji.
Wszyscy trzej jesteśmy przecież dziećmi wojny, ale też mieliśmy szczęście – ocaleliśmy. Żyjemy jednak w Europie, w której antysemityzm w różnych postaciach odżywa na nowo. Powoli, ale wciąż rośnie, przybierając różne formy i środki wyrazu.
W filmie dokumentalnym Grzegorza Linkowskiego z 2003 roku „Marsz żywych” spotykają się ksiądz Jakub Romuald Weksler-Waszkinel i Martin Adolf Bormann junior. Ojciec Bormanna Martin był jednym z najbliższych współpracowników Adolfa Hitlera, szefem kancelarii partii nazistowskiej i jednym z najokrutniejszych funkcjonariuszy Niemiec hitlerowskich.
Martin Adolf Bormann junior, emerytowany niemiecki ksiądz, mimo iż od zakończenia wojny minęło wiele lat, wciąż dźwiga ciężkie brzemię ojcowskich zbrodni. Na filmie widzimy jego pierwszą w życiu wizytę w obozie zagłady w Oświęcimiu. Kamera podąża za nim, gdy skupiony wolno przechodzi przed stosami okularów, bucików dziecięcych i walizek pozostałych po ostatnich transportach ponad miliona ofiar, w większość Żydów, ale też Rosjan, Polaków, Romów i obywateli ponad dwudziestu innych krajów.
Spotkanie odbyło się właśnie tu, w miejscu największej zbrodni w historii ludzkości, wkrótce po Wielkanocy 2001 roku, podczas corocznego „Marszu żywych”, kiedy niemiecka, polska i żydowska młodzież razem idzie w marszu pojednania i pamięci tą samą drogą, którą kiedyś ponad milion ludzi szło na śmierć. Do tej pory ani w literaturze, ani w filmie nie udokumentowano podobnego spotkania dwóch ludzi o tak różnych losach.
Kiedy Martin Bormann w liście do księdza Jakuba Romualda Wekslera-Waszkinela napisał, że chciałby się z nim spotkać i porozmawiać, ten po pewnym wahaniu zaproponował spotkanie w Oświęcimiu. Minął rok, zanim Martin Bormann odpowiedział. To niezwykłe spotkanie zobaczyliśmy właśnie w filmie „Marsz żywych”.
Rodzicami chrzestnymi Martina Adolfa Bormanna byli Adolf Hitler i Ilse Hess, żona Rudolfa Hessa. W chwili zakończenia wojny Martin miał szesnaście lat i już nigdy nie używał drugiego imienia Adolf.
Jakub Romuald Weksler-Waszkinel urodził się w getcie niedaleko Wilna. Jako niemowlę został ocalony przez Polkę, która nie mając nawet własnego mieszkania, zabrała go z getta na krótko przed jego likwidacją. Jakub (drugie imię Romuald otrzymał później od swojej katolickiej rodziny) nigdy więcej nie zobaczył swoich biologicznych rodziców ani starszego brata Samuela, wszyscy zostali zgładzeni. „Niczego nie pamiętam z tamtych rozszalałych nienawiścią dni. Nie pamiętam oczu mojej matki, dłoni mojego ojca, płaczu mojego brata, pocałunku powitania i pożegnania” – napisze w swojej książce „Zgłębiając tajemnicę Kościoła”, wydanej w 2003 r.
Kiedy Jakub był ratowany z getta, Martin Bormann bawił się przy choince wraz z innymi dziećmi wysoko postawionych dygnitarzy reżimu na przyjęciu noworocznym w kwaterze głównej Hitlera w Obersalzbergu. W filmie Linkowskiego można zobaczyć unikalne zdjęcia dzieci dokazujących w towarzystwie Adolfa Hitlera i Ewy Braun. W tym czasie w wojującej Europie zgładzono dziewięćdziesiąt procent z półtora miliona żydowskich dzieci.
Ojciec Martina Bormanna, który został w Norymberdze zaocznie skazany na karę śmierci za zbrodnie przeciwko ludzkości, popełnił prawdopodobnie samobójstwo. Przez wiele lat krążyła plotka, że zbiegł do Paragwaju. Zwłoki odnaleziono jednak w pobliżu kwatery głównej Hitlera w Berlinie i dzięki identyfikacji DNA można było stwierdzić w 1973 r., że szkielet z dużym prawdopodobieństwem należał do Martina Bormanna. Jest pochowany w miejscu znanym tylko najbliższej rodzinie.
Jakub Romuald Weksler-Waszkinel chciał zostać księdzem. Polscy rodzice, którzy zresztą nigdy nie namawiali go, żeby chodził do kościoła, próbowali zmienić jego decyzję. Postawił jednak na swoim. Gdy miał 35 lat i od dwunastu lat był księdzem, jego przybrana matka Emilia opowiedziała mu na łożu śmierci historię swojego życia.
Jako młoda dziewczyna nosiła jedzenie do getta. Matka Jakuba ukrywała ciążę. Kiedy jej syn przyszedł na świat 28 lutego 1943 r., błagała Emilię, aby uratowała go z getta. „Pani mówiła, że wierzy w Jezusa, przecież on był Żydem, więc niech pani ratuje to żydowskie niemowlę w imię tego Żyda, w którego pani wierzy. A jak ten mały wyrośnie, zobaczy pani, będzie księdzem”. I tak polska rodzina przyjęła do siebie żydowskie dziecko. Jakub dorastał otoczony rodzinnym ciepłem i miłością, ale nie miał lekkiego życia. Nie wyglądał jak polskie dziecko. Miał kruczoczarne włosy i niesłowiańskie rysy, wiele razy przezywano go na ulicy „żydowskim bajstrukiem”, w szkole wołali na niego „żyd”. Rodzice zawsze brali go w obronę. Ksiądz mówi dziś: Nigdy nie chciałem być Żydem, od innych słyszałem, że Żyd to coś gorszego, dlaczego więc miałbym chcieć nim być? Kilka razy żądałem od matki (mój ojciec wcześnie zmarł), aby opowiedziała mi prawdę. Matka odpowiadała: – Jesteś moim dzieckiem, kocham cię i nie przejmuj się tym, co wygadują ci głupi pijacy na ulicy.
Po zrobieniu doktoratu Jakub został wykładowcą na Wydziale Filozofii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Kiedy dowiedział się, że jest Żydem, do nazwiska Waszkinel dodał żydowskie nazwisko rodowe Weksler, a na szyi nosi krzyż w gwieździe Dawida. W artykułach i książkach zwalcza tezę, jakoby Żydzi byli winni śmierci Jezusa, oraz sprzeciwia się ich odrzuceniu przez katolicyzm. Nawołuje do pojednania i dialogu. Ta praca to jego największe powołanie.
Od kilku lat ksiądz spędza każde letnie wakacje w Paryżu. Kardynał Jean-Marie Lustiger, arcybiskup Paryża i jeden z najznamienitszych patriarchów Kościoła, również ma polsko-żydowskie korzenie i też jako dziecko został ocalony z holokaustu. Także jego matka zmarła w Oświęcimiu. Otworzył specjalną kaplicę w dzielnicy prostytutek, gejów i ludzi zarażonych AIDS, których spowiednikiem jest Jakub Romuald Weksler-Waszkinel. Historia Martina Bormanna jest mniej dramatyczna, ale nie brak w niej cierpienia. To ciągłe poszukiwanie wyjścia z traumy wywołanej wstydem, że jest się synem mordercy. Ciąży na nim emocjonalny związek z rodzicem, ale jak mówi w filmie: „Nie mogę wyrzec się ojca”. Nie pozwala mu na to jego wiara. „Nie wybieramy sobie rodziców” – mówi podczas wspólnej z Jakubem Romualdem Wekslerem-Waszkinelem rozmowy z młodymi ludźmi przy komorze gazowej w Oświęcimiu.
W Niemczech wielu potomków wysoko postawionych nazistów nie poradziło sobie psychicznie ze swoją sytuacją i musiało otrzymać pomoc terapeutyczną. Martin Bormann doznał szoku, kiedy w wieku szesnastu lat dowiedział się, że jego ojciec, szef NSDAP, został zaocznie skazany na karę śmierci za zbrodnie przeciw ludzkości. Wie, że jego ojciec był jednym z najbardziej bezwzględnych przywódców III Rzeszy, ale pamięta go jako czułego i troskliwego rodzica.
Po klęsce nazistów Martin Bormann junior ukrywał się przez dwa lata. Zatrzymany przez Amerykanów, wyszedł z aresztu po interwencji Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego. Po otrzymaniu święceń kapłańskich wyjechał jako misjonarz do Konga, aby pomagać ubogim i chorym. Po powrocie do Niemiec na początku lat 70. zaczął pracować jako nauczyciel religii i duszpasterz. Zaangażował się w sprawę niemiecko-żydowskiego pojednania oraz w prace Grupy Dialogowej Dzieci Sprawców i Ofiar (Dialoggruppe T terkinder-Opferkinder).
Tak jak dla Martina Bormanna istotna jest kwestia odpowiedzialności ojca za zbrodnie nazizmu oraz pytanie, czy Boże miłosierdzie ocali go przed wiecznym potępieniem, tak dla Jakuba Romualda Wekslera-Waszkinela ważna jest odpowiedzialność całej „chrześcijańskiej Europy” za holokaust – Do jakiego Boga modlili się ludzie podczas wojny – chrześcijanie, katolicy i protestanci – kiedy mordowano miliony? – pyta, ale nie otrzymuje odpowiedzi. Bo to bolesne pytanie. Europa odwróciła się do Żydów podczas holokaustu, a dziś antysemityzm w Europie rośnie w siłę.
Jakub urodził się w 1943 roku i mając miesiąc został oddany swoim przybranym polskim rodzicom. Również w zimie 1943 roku odbyło się przyjęcie noworoczne u Adolfa Hitlera, gdzie 13-letni Martin bawił się z innymi dziećmi wysokich rangą nazistów. „Co ja robiłem w roku 1943” – myślę, ponownie oglądając film.
W 1943 r. miałem trzy lata i byłem na Syberii. Moja matka opowiadała mi, jak wskoczyła do ostatniego wagonu ostatniego transportu z Charkowa na Syberię, kiedy Niemcy byli tylko siedem kilometrów od miasta. Pracowała jako sekretarka w obronie cywilnej i zdążyła wyjść z biura, porwać mnie na ręce, złapać kilka fotografii i pobiec na stację, wskoczyć do odjeżdżającego pociągu. Ojciec zginął w 1941 r. z rąk Niemców gdzieś na froncie. Miałem wtedy rok.
W 1945 r. zostałem adoptowany przez Grzegorza Kantora, który cudem ocalał z holokaustu. Wzięty pod Modlinem do niewoli, jako podoficer wojska polskiego uważał, że uratował się tylko dlatego, że w otoczonej przez Niemców jednostce na godzinę przed wzięciem do niewoli znalazł dziesięciu Żydów, którzy pomodlili się w stronę Jerozolimy. Mój przybrany ojciec uciekł z niewoli niemieckiej razem z polskim kolegą i przedostał się do Rosji. Na Syberii spotkał moją matkę, pracowali razem w fabryce czołgów. Cała jego rodzina została zgładzona w getcie w Kołomyi. Nigdy nie chciał o tym mówić, a ja wiedziałem, że nie wolno mi pytać. Codziennie po pracy w małej fabryczce mebli w Strzegomiu na Dolnym Śląsku modlił się i czytał Biblię.
Dziwiło mnie jednak, że nigdy nie powiedział złego słowa o Niemcach. Zanim zmarł w Sztokholmie, powiedział mi, że wojna była nieszczęściem w historii Europy. – Aż do „nocy kryształowej” żyliśmy z Niemcami w Galicji w harmonii i wzajemnym zrozumieniu, i mieliśmy z nimi bardzo dobre relacje, zanim ten szaleniec Hitler objął władzę.
Głęboko żałuję, że nie upierałem się, by poznać więcej szczegółów z jego życia. Ale to typowe dla pokolenia dzieci holokaustu – tak mało wiemy o naszych rodzicach …
Wysyłam faksem list do Martina Bormanna, a on dzwoni do mnie do Sztokholmu, żeby ustalić program swojej wizyty. Ta rozmowa przypomina mi obraz małego niemieckiego miasteczka Strzegom na Dolnym Śląsku w roku 1946, dokąd dotarłem wraz z matką i ojcem po trzytygodniowej podróży pociągiem z Rosji. Dziesięć kilometrów od miasta znajdowało się to, co do niedawna było niemieckim obozem koncentracyjnym Gross­-Rosen. Połowa miasta leżała w ruinach, ale kasztany kwitły przepięknie.
Niemiecka ludność cywilna opuszczała miasto. My, dzieci, staliśmy i patrzyliśmy, jak z dwudziestoma dozwolonymi kilogramami dobytku maszerowali na stację kolejową, oddając naszym rodzicom klucze do mieszkań. Zadziwiająco czystych i wysprzątanych, mimo że wojna dopiero co się skończyła.
W mieście pozostało tylko kilkoro Niemców, głównie ci, którzy nie mogli wyjechać; wśród nich Lucia Videra z dwiema córkami. Pamiętam, jak ktoś opowiadał, że zwariowała, kiedy dowiedziała się, że jej mąż poległ na froncie rosyjskim. Przez cały rok chodziła w starym futrze, przerażona i niezrozumiale mamrocząca pod nosem. Zarabiała na życie, szorując podłogi u innych rodzin i zbierała wszystkie jadalne rzeczy, które wpadły jej w ręce: ziemniaki, ogryzki jabłek i resztki pieczywa. Córki wstydziły się jej. Przez wszystkie moje dziecięce lata w Strzegomiu nigdy nie odważyły się do nas podejść, by się pobawić albo porozmawiać. Obserwowały nas z daleka. Gdyby można było nadrobić ten miniony czas… Dziś z pewnością podszedłbym do nich, mówiąc: – Chodźcie do nas, razem się pobawimy, porozmawiamy. Z pewnością mógłbym też objąć te dwie dziewczynki.
Po spotkaniu w Oświęcimiu Martin Bormann objął Jakuba Romualda Wekslera-Waszkinela.
W kwietniu 2003 roku spotkałem się z Jakubem Romualdem Wekslerem-Waszkinelem w nowo wyremontowanym hotelu w centrum Lublina. Jedną trzecią mieszkańców tego miasta stanowili kiedyś Żydzi; przed wojną było ich tu 43 tysiące, siedem synagog, kilkanaście domów modlitwy, żydowski teatr, liczne żydowskie księgarnie i biblioteki. Dziś nie ma tu już nikogo z żydowskiego świata.
Dwa dni później miałem wziąć udział w emitowanym przez TVP 2 programie „Śladami pamięci”, by z okazji uroczystych obchodów 60. rocznicy powstania w getcie warszawskim opowiedzieć milionom telewidzów o holokauście. Zapytałem więc księdza Jakuba, co powiedzieć, aby oddać hołd tak szlachetnym ludziom, jak jego przybrani rodzice czy mieszkająca dzisiaj w Warszawie 93-letnia Irena Sendler, która z warszawskiego getta uratowała z kilkoma koleżankami dwa i pół tysiąca żydowskich dzieci, jednocześnie nie przemilczając prawdy o tym, że Polacy, podobnie jak większość Europejczyków, biernie obserwowali holokaust. – Proszę mówić o tym, co dobre i złe, i pominąć politykę- odpowiada Jakub Romuald Weksler-Waszkinel. Przyjąłem jego radę. Pożegnaliśmy się i umówiliśmy na następne spotkanie z Martinem Bormannem w maju tego roku w Sztokholmie.