Rozmowa z Antonim Słonimskim

Źródło:

Rozmowa z Antonim Słonimskim

LK: Cztery lata temu opuściłem kraj, czy od tego czasu zmieniło się w Polsce na lepsze?
AS: Proszę Pana, oczywiście zmieniło się trochę, ale jeśli powiem, że zmieniło się wiele, to będzie powiedziane za dużo, To że pozwalają mi wyjechać za graniczę, to też jest duża zmiana.
Przygotowuję do druku dwie książki. To że mnie drukują, jest dla mnie osobiście, jako pisarza, sprawą wielkiego znaczenia. W ostatnich dwóch latach cofnięto wobec mnie zakaz całkowitej cenzury i zakaz druku. Mogę od czasu do czasu publikować w prasie. Ostatnio piszę w ‘Tygodniku Powszechnym”, piszę na ile to jest możliwe, jak najbardziej odważnie, ale cenzura jest nadal nieunikniona, trzeba być naiwnym, żeby tego nie dostrzec. Ostatnio nawet cenzor nie zauważył jak zacytowałem Sołżenicyna, nie wymieniając jego nazwiska, a pisząc tyko: „pewien wielki pisarz powiedział”. Zauważyła to „Kultura” i RWE, a tego właśnie nie powinni byli robić, bo nie wolno pouczać cenzorów, jak maja pracować i co czytać, na drugi raz mój artykuł wezmą pod lupę, i tak wiele odrzucają.
Mam trudności z publikowaniem w gazetach o dużych nakładach, takich jak np. „Polityka”, bo tam już sprawdzają dokładnie. Widzi Pan. Zadano mi kiedyś pytanie, dlaczego piszę w katolickich tygodnikach, chociaż znany jestem jako lewicowiec. Było to po wydrukowaniu mnie w „Tygodniku Powszechnym”. Odpowiedziałem, że sprawa przedstawia się tak, że przed wojną komuniści byli tymi postępowymi, a kler był reakcyjny, a dzisiaj przy władzy komunistycznej, w ocenie społeczeństwa, katolicyzm jest postępowy, a komunizm jest tym złem. Widzi Pan, ja musze pisać, póki żyję, muszę drukować. Weźmy dla przykładu pismo „Więź”, tam właśnie dzisiaj są najlepsze umysły, tam w numerze z tego roku znajdzie Pan taką postać jak profesor Edward Lipiński, ekonomista, człowiek o brylantowym charakterze. On to przecież, jak zwrócił się do niego Gierek w sprawach ekonomicznych, rozmawiał o studentach uwięzionych po Marcu, to dzięki niemu Michnik i inni mogą teraz składać egzaminy. Tam tez drukuje się i Woroszylskiego, Zawiejskiego, teraz nawet Jasienicę.
LK: Czy Pan osobiście mocno przeżył 1968 i 1969 rok.
AS: Przyznam się Panu szczerze: zmobilizowałem się wewnętrznie, starałem się, żeby to wszystko jakoś mogło po mnie spłynąć. Dla mnie wtedy było ważne, że ludzie kłaniają mi się na ulicy. Opowiem Panu taki autentyczny wypadek. W delikatesach, jak stałem z żoną w kolejce po szynkę, bo u nas to szynka ciągle na numerki, jak Pan wie, to ekspedientka zawołał: Synka dla pana Słonimskiego znajdzie się; a drugi ekspedient powiedział: to Pan Słonimski, poznałem Pana po twarzy. Ma pan rację – odpowiedziałem – bo to tylko ja teraz twarzy nie zmieniłem. Zdaje się, że to stało się potem już dowcipem w Warszawie i poszło dalej. Ale zmierzam do tego, że dla mnie było ważne, pomimo spodziewanych represji, zachowanie swojego oblicza a nie skurwienie się to zrobiło wielu, wielu się bało, ale byli tacy, którzy się zachowali przyzwoicie, Herbert na przykład, kryształ.
Jak siedzieliśmy i oglądaliśmy telewizję wtedy, Pan pamięta, to Gomułka na początku wymieniał wrogów a mnie jakoś tam nie było. Moja żona ucieszyła się i mówi: patrz Antek, Ciebie nie ma. A ja jej na to – poczekaj, ja będę przy syjonistach. No i tak się stało. Wtedy mogłem już spodziewać się rewizji i innego piekła. Ale ja ich znam i znam ich metody. Bałem się trochę więzienia, trochę zdrowie mam przecież już nadwyrężone. Oni potrafią niszczyć. Kępa jest i był moim największym wrogiem, on jakby mógł, to by mnie zniszczył, jego obawiałem się najwięcej. Ale jak powiedziałem, ludzie byli przy mnie. Chociaż o druku nie można było marzyć. Teraz już trochę lżej.
Niedawno wyciągnąłem jeden ze swoich starych utworów o takim krawcu żydowskim, Szmonces, ale taki z elementami antyrządowymi. Wojciech Siemion wziął to i zrobił z tego teatr jednego aktora, recytuje to w „Prochowni” . Trochę bałem się Siemiona, ale teatr idzie, ludzie wyją ze śmiechu, masa młodzieży, a młodzież mamy przecież dobrą. Mówię o tym młodym pokoleniu, bo to średnie, to zbłaźniło się trochę.
Ostatnio był na przedstawieniu Kępa ze Szlachcicem. Ja Szlachcica nie znam. Kępa chciała na pewno zastopować przedstawienie, ale proszę sobie wyobrazić, że Szlachcic rozmawiał z Siemionem oraz gratulował mu występu, powiedział nawet, że tyle w tym liryzmu. Liryzm – skąd takie słowa u Szlachcica, tego nie wiem, ale on podobno jeździ do Krakowa i godzinami rozmawia z Lemem, namawiał go nawet na to, żeby Lem przyjął prezesostwo ZLP, ale ten odmówił i dobrze zrobił.
Tam jest takie miejsce, gdzie mowa jest, że „i ten bałagan idzie już 50 lat”; mieli do tego zastrzeżenie, bo przecież wszyscy wiedzą, że to 50-ta rocznica powstania ZSRR, ale Siemion odpowiedział, że jak Słonimski pisał, to jeszcze nie było 50 lat i gra dalej.
LK: Czy miał Pan trudności z wyjazdem teraz na Zachód?
AS: Teraz nie miałem. Przecież oni mają tony papierów i donosów. Jak by chcieli, to by mi nie dali paszportu, miałem już kilka odmów wcześniej. Teraz dostałem na wszystkie kraje Europy z prawem wielokrotnego przekraczania. Jak będą chcieli odebrać paszport, to długo nie trzeba będzie czekać. Oni robią, co chcą.
LK: Czy w ciężkich dla Pana sytuacjach nie zastanawiał się Pan nad tym, żeby wyemigrować z kraju?

AS: Pan wie, że ja wróciłem w 1951 r. do Polski. Miałem wtedy szczęście. Gdybym wówczas wiedział, że Polską rządzi dwóch generałów radzieckiej bezpieki, to może bym nie wrócił. Było wtedy niebezpiecznie. Na szczęście zmarł Stalin, bo inaczej byśmy tu już tak jak dzisiaj, ja z Panem, nie rozmawiali. Potem wybrali mnie na prezesa Związku Literatów Polskich. Potem wszystko zmieniło się. Ale ja ich się i tak nie boję, oni mi już nic nie mogą zrobić.
Mają bić mnie w twarz? Już bili. Po powrocie do Polski wcale nie było mnie i mojej rodzinie dobrze, wprawdzie potem nie odebrali mi mieszkania, ale po zakazie drukowania nasze oszczędności wyczerpały się, zaczęliśmy sprzedawać trochę biżuterii, którą miała moja żona. W krytycznej sytuacji pomógł nam Lorentz, zakupując dla Muzeum Narodowego kilka rzeczy, które udało mi się uratować. Spotkałem się w okresach dla mnie trudnych z niezwykłą, wzruszającą sympatią ludzi, przychodzili do nas do domu, ofiarowali pomoc. Zakazy druku były dla mnie bardzo bolesne z innego względu, wydawano wtedy potężne nakłady innych pisarzy (o wartości ich literatury nie będę tutaj wspominał). Był nawet wypadek, że po 1964, po opublikowaniu przez grupę intelektualistów listu 34-ech, cofnięto mi ubezpieczalnię społeczną. Proszę sobie wyobrazić, co to byłą za bolesna sprawa dla mnie, człowieka chorego, byłem wtedy już po pierwszym zawale serca. Na szczęście prezesem Warszawskiego Oddziału Literatów był Igor Newerly, on zajął w tej sprawie stanowisko takie, że mnie, jako laureatowi nagrody państwowej pierwszego stopnia, należy się automatycznie opieka lekarza państwa i jeśli ministerstwo zdrowia nie zdejmie zakazu, to wszyscy laureaci nagrody państwowej I-go stopnia, czyli pozostali wybitni pisarze, będą musieli również odmówić korzystania z opieki lekarskiej. Po tym argumencie władze ugięły się i po pewnym czasie przywrócono mi prawa ubezpieczalni. Pociągnięcia władz w stosunku do mnie i innych intelektualistów były wręcz niezrozumiałe. Przecież Gomułka po liście 34-ech zareagował w taki sposób, że po wybuchu wściekłości kazał wszystkich podpisanych pod listem wyrzucić z kraju, dać im paszporty i siłą usunąć za granicę. Dopiero po wmieszaniu się Cyrankiewicza, pomysł Gomułki zmieniono, byłby to przecież skandal na miarę międzynarodową.
LK: Jak wyglądają obecnie sprawy cenzury?
AS: Oczywiście jest to sprawa dla piszącego najważniejsza. W mojej obecnej sytuacji mogę pisać, ale jak Panu powiedziałem, w mniejszych nakładach. Tygodnik Powszechny ma nakład 50 tys. egzemplarzy i tam mogę pisać trochę swobodniej, ale w Polityce już nie, bo to jest nakład półmilionowy. Właściwie zdjęto cenzurę z dwóch pism: Trybuny Ludu, co nic nie znaczy, i z tygodnika Polityka. Rakowski jest zręcznym politykiem, ale to nie znaczy, że w Polityce można będzie pisać co się chce. Istnieje rzecz gorsza nieraz od samej cenzury – jest to samocenzura i to wydaje mi się ma miejsce w przypadku Polityki. Jest to jednak na nasze warunki pismo niezłe. Można czasem coś przemycić mając na uwadze przeoczenia cenzury, tak było z moją cytatą Sołżenicyna w Tygodniku Powszechnym, ale na ogół jest bardzo trudno, zakazy w swoim czasie dotyczyły np. nie tylko prac podpisanych przeze mnie, ale też wszystkiego co było o mnie. Kiedyś w podręczniku literatury dla szkół średnich udało się przemycić dwie linijki o mnie. Ja to rozumiem: gdyby autor napisał osiem linijek o mnie, to by go wywalili z pracy.
Co jest dla mnie teraz ważne to to, że zdjęto zakaz cenzuralny i będą publikowane moje dwie książki. Jeden zbiór poezji i druga książka ze zbiorem moich felietonów i utworów prozą. Istnieje natomiast pewnego rodzaju cenzura ekonomiczna. Polega to na tym, że moje książki są droższe od innych autorów tej samej objętości i z tego samego wydawnictwa. Jeśli np. moja książka z wierszami kosztuje 70 zł, to taka sama książka innego autora kosztuje 30 zł. Jest to przecież wyraźna różnica, jeśli wziąć pod uwagę, że poważnym odbiorcą czytelniczym jest młodzież. Ważnym czynnikiem jest też nakład, moje nakłady nie są wysokie i rozchodzą się w zasadzie w ciągu paru dni.
LK: Jak wygląda sprawa tłumaczeń Pańskich książek na języki obce?
AS: Tłumaczenie poezji jest sprawą bardzo trudną. Pytano mnie na konferencji w Sztokholmie, czy mam coś do zaproponowania wydawcom szwedzkim. Mój „towar” nie jest chodliwy, przecież każde tłumaczenie poezji jest nie tym co trzeba. To tak jak sztuczne kwiaty: podobne, ładne, ten sam kolor, a jednak nie to. Co innego moje pamiętniki, które obecnie piszę, ale to będzie sprawa aktualna dopiero może za rok. Mam już uzgodnione w Ameryce, że tam to pójdzie. Część wspomnień będzie drukowana w kraju, ale to nie jest wszystko co chce powiedzieć, resztę opowiem w inny sposób. Piszę przede wszystkim dla mojego kraju. Pewna osoba zarzuciła mi, że to, że mnie obecnie drukują, to są tylko pozory, że wcale nie jest lepiej z cenzurą itp. Odpowiedziałem jej, że wolę żeby mnie drukowali pod pozorem, niżby mieli mnie pod pozorem czegoś bić po twarzy.
LK: Jaki jest Pana stosunek do poezji awangardowej?
AS: Nigdy nie byłem zwolennikiem formalnego traktowania literatury. Wszyscy wielcy – Proust, Dostojewski i inni poruszali sprawy moralne, sprawy stojące blisko człowieka, w tym była między innymi ich wielkość oraz siła artystycznego wyrazu.
Jeśli chodzi o poezję, to aczkolwiek nie jestem człowiekiem zwalczającym tzw. nowoczesne formy wiersza, to jednak wolę te bardziej klarowne. Wolę Herberta niż Grochowiaka czy Różewicza; kolaże tego ostatniego są może ładne, ale zagmatwane, często bez rymu i rytmu, w sumie o słabym wyrazie moralnym, dydaktycznym, co w naszych warunkach literackich jest może mniej potrzebne. Ciekawym jest, że reżymy takie, jak nasz, wolą tego typu awangardową poezję, ponieważ ona nie mówi nic, a o to często przecież im chodzi. Dlatego też wielu poetów tzw. awangardy ma poparcie władz. W prozie to jest trudniejsze, niedobrą prozę jest łatwo zauważyć, proza bezwartościowa jest dostrzegalna. Dlatego też teraz wiele utworów poetyckich nie jest poezją, a po prostu lichą prozą, nie wierszem.

LK: Jaka jest Pana ocena konferencji Pen Klubu w Sztokholmie?
AS: Konferencja spełniła swoje zadanie. Postulowałem, wraz z innymi, by podjąć rezolucję potępiającą prześladowania pisarzy czeskich, zresztą prawnych członków Pen Klubu. To udało się. Jak podniosłem rękę, to ogłoszono, że Polska popiera rezolucję. Pomyślałam sobie – Polska?! W Polsce powiedzą po moim powrocie, że to Słonimski poparł tę rezolucję i jak to u nas się zmienia, mogą uciąć druk moich książek, a tego obawiam się najwięcej. Było mi bardzo przyjemnie być honorowanym tutaj na kongresie. Siedziałem w prezydium, nie wiem dlaczego, czy z uwagi na mój wiek, czy zasługi? W każdym razie moje przemówienie nagrodzono oklaskami, siedziałem przy Böllu i prezesie Szwedzkiej Akademii. Miałem wystąpienie na samym początku, wystąpienie to było cytowane w prasie szwedzkiej.
LK: Jak wygląda obecnie kontakt Polski z Zachodem?
AS: Najważniejszym źródłem informacji dla mnie i dla kraju jest Radio Wolna Europa. Słuchają audycji wszyscy. Kupiłem nawet sobie za 70 dolarów tranzystor japoński i jak zagłuszają, to zawsze znajdę taki kanał, i gdy się radio dobrze dostroi, można słyszeć. Są teraz fachowcy w Warszawie, którzy potrafią przerabiać odbiorniki radiowe, jacyś studenci czy asystenci z politechniki, że odbiera się programy lepiej. Przecież oni muszą mieć jakiś kanał, żeby robić nasłuch dla siebie, to przy okazji tego i my słyszymy. W dzień jest trudniej, np. na średnich falach odbiór w dzień jest niemożliwy, ale wieczorem jest lepiej. Ja przychodzę do domu po 22-giej, słucham wyraźnie, chociaż Pan wie, że ja słyszę na jedno ucho bardzo słabo. Wydaje mi się, że jest to najpoważniejszy prąd informacyjny. Kultura nie dociera w tak żywy i szybki sposób. Nie wiem tylko, dlaczego oni się kłócą. To jest bardzo niepotrzebne. Kraj chce informacji i oni powinni się jakoś uzupełniać. Np. Ostatni artykuł Leszka Kołakowskiego był czytany tylko fragmentami. Takie rzeczy powinny iść w całości. Jedna Pani zapytała mnie ostatnio: Co słychać Panie Antonii u Pana? Odpowiedziałem: Ja słucham Wolnej Europy. To ona wykrzyknęła: Tak, ale oni kłamią. Pewnie, że kłamią – odpowiedziałem – na przykład o mnie powiedzieli, że odmówiono mi paszportu dwa razy, a władze odmówiły mi wyjazdu za granicę trzy razy. Niedawno był już znajomy w Rosji, w Kijowie. Otóż tam też wszyscy słuchają RWE i Liberty. Ta informacja rozprzestrzenia się coraz bardziej i jest potrzebna.
LK: Jak wygląda Pańska współpraca ze środkami masowego przekazu w kraju?
AS: Muszę się pochwalić, ale odmówiłem Telewizji Polskiej wywiadu już dwa razy. Raz tylko wziąłem udział w dyskusji poświęconej Prusowi, mojemu ulubionemu pisarzowi, ale powiedziałem wtedy, że robię to tylko ze względu na pamięć o tym pisarzu, który bywał w domu u mojego ojca w Warszawie.
Telewizja Polska była najgorsza w czasie nagonki na intelektualistów po marcu 1968. Większość ludzi, która to robiła, pracuje tam do dzisiaj. Na mnie to nawet machano z ekranu palcem. Mówili: – jeszcze zobaczymy, co to będzie ze Słonimskim.
LK: Czy teraz jest już Pan spokojniejszy, czy w obecnym klimacie politycznym może Pan spokojnie pracować?
AS: Tego panu powiedzieć nie mogę. Nigdy nic nie wiadomo, jak to będzie po moim powrocie do kraju. Radio już podało, że wystąpiłem na kongresie, rozmawiałem z żoną przez telefon wczoraj. Wszystko jest możliwe. Mogą np. zawołać mnie do ministerstwa i powiedzieć, że nie będą mnie drukować z tych czy innych powodów. Rewizji w domu też nie można wykluczyć. Ostatnio, kiedy włączyłem się w akcję pomocy Kowalczykom, były próby prowokacji. Nasłano mi do domu jakiegoś gościa, który prosił mnie o pomoc przy wysłaniu jego książki na Zachód prosto do Kultury w Paryżu. Bo ja mam rzekomo mieć dobre kontakty w Warszawie na przemyt wiadomości i materiałów za granicę. Pan wie, że to jest u nas mocno Karane. Byłem grzeczny w stosunku do tego gościa i odesłałem mu książkę do domu z powrotem.

bez-nazwy-15