Wyjechać z Juraty

Źródło:

Wyjechać z Juraty
Opowiadanie na koniec lata, wrażliwym dla otuchy, macherom dla rozwagi

Są miejscowości, do których wszyscy chcą wyjechać, chociaż nic nigdy się w nich nie dzieje. Chcą szukać ulgi i ukojenia. Jak w Juracie. Zapach sosen, wydmy, czysty piasek są takie same jak gdzie indziej nad Bałtykiem. A jednak inne. Czas płynie spokojnie. Ludzie spacerują bez pośpiechu. Młode mamy z wózkami i dziećmi. Renciści, prężni, gdy bywali tu za młodu, teraz na zwolnionych obrotach. Oszczędzają przez rok, by odłożyć chociaż na kilka dni pobytu.
Wszyscy grzeczni. A młodzież nie szuka dyskotek. I tak ich tu nie ma. Dużo piesków, ale nawet one rzadko szczekają. Tylko pociąg relacji Reszta Świata – Hel przelatuje przez niestrzeżony przejazd przy wejściu na plażę i ostrzegawczym gwizdem wyrywa z wyciszenia. Przypomina o świecie, wymagającym czasem ostrożności. I o przemijaniu, spotkaniach i rozstaniach – tych radosnych i tych niepotrzebnych, i o tym, że będzie taka stacja, na której będzie trzeba wysiąść, by nigdy nie pojechać dalej.
W 2009 roku bardzo zabrakło w Juracie Gustawa Holoubka i przyjeżdżającego tu z żoną Olgą Zbyszka Zapasiewicza. Nie zdążył wykorzystać zarezerwowanego pokoju w hotelu Neptun.
Jeszcze dwa lata temu gawędziliśmy tu – Zapasiewiczowie, Holoubek i ja. O rzeczach dobrych, o ładnych i słonecznych stronach naszego życia. Bo jakżeby inaczej można było latem w Juracie. Więc o sztuce, teatrze, książkach i o filmach, na które Olga organizowała wycieczki do pobliskiej Jastarni. Do kina Żeglarz ze starym stylowym piecem kaflowym.
Z Gustawem dyskutowaliśmy o polityce, ale zawsze bezkonfliktowo. Z jego niebywałym spokojem, dowcipem i tolerancją nawet dla rzeczy moralnie dwuznacznych, o których w Juracie zazwyczaj zapominaliśmy na czas jakiś, łapczywie chwytając dobre chwile letniego wytchnienia, przemijające o wiele za szybko.
Od lat spotykaliśmy się latem w tym samym miejscu i nawet choroba Gustawa nie była w stanie zakłócić tego rytuału.
Na dializy dowożono go do Wejherowa. Mają tam najnowocześniejszy aparat do dializ zainstalowany przez kogoś z Izraela. Bez tego aparatu nie mógłby Gustaw bywać w Juracie w ostatnich latach. Z niepokojem czekaliśmy na jego powroty po zabiegach, a on spokojnie wracał. I natychmiast szedł do kiosku po swoje ulubione cienkie papierosy. Zawsze z nowym dowcipem w rękawie.
Odszedł w marcu 2008 r. Dokładnie 40 lat po Marcu „68. Postawiłem jego portret z pierwszej strony „Gazety Wyborczej” w Złotej Sali Ratusza Miejskiego w Sztokholmie, w miejscu, w którym odbywają się noblowskie uroczystości. Stał obok polskiej flagi i kwiatów, tak by każdy, kto uczestniczył w uroczystościach rocznicowych Marca „68, przeszedł obok niego. Udało mi się wtedy przenieść do Sztokholmu trochę tej Juraty: Zbyszek przyjechał z Olgą z przedstawieniem „Kwiatów polskich” Tuwima, którego w takim mistrzowskim wykonaniu nigdy już nie usłyszymy.
Zbyszek też bywał w Juracie przeważnie pogodny. Ale zatapiał się w myślach.
Nie miał pretensji do kogokolwiek. Zamartwiał się, że piesek mu się starzeje. Rok temu wyszedł z nim na spacer, ale psina po dwóch metrach zawróciła i podreptała z powrotem do hotelu.
Odejście Gustawa, a potem Zbyszka uświadomiło nam, że nawet w tej wyciszonej miejscowości czas dla nikogo nie zatrzymywał się w miejscu, mimo że nieraz się wydawało, że ta nasza magiczna Jurata potrafi go na chwilę zatrzymać.
Zeszłego lata młoda kobieta, której lekarze dawali jeszcze dwa tygodnie życia, nim zniszczy ją rak, chciała umierać nad morzem. W Juracie. Mąż przywiózł ją do małego hoteliku. Kiedy wieść o chorej kobiecie się rozeszła, szef hotelu chciał parę wyrzucić. Bo przecież, jeśli kobieta umrze, trzeba zdezynfekować cały hotel. Tak wymyślił. I wtedy recepcjonistka, studentka z Wrocławia, zaczęła tupać na niego nogami. Oburzona! Była to jej pierwsza praca w życiu. Bardzo jej na niej zależało. Mimo to oznajmiła szefowi, że jeśli wyrzuci małżonków, natychmiast z koleżankami wyjadą w środku sezonu.
Zwróciłem jej uwagę, że może niepotrzebnie zadziera z szefem. Odpowiedziała, że jest ustawiona w życiu. Ma stypendium naukowe – 300 zł. Jakoś sobie poradzi. Szef ugiął się przed ultimatum. A może ugiął się przed własnym sumieniem? Może posłuchał szeptu miłości? Chorej z hotelu nie wyrzucił, więc jest jednak Jurata nie najgorszym miejscem na miłość człowieka do człowieka.

A ja w tym roku po raz pierwszy się wahałem, czy jechać.
Nie wiedziałem, czy nieobecność Zbyszka i jego tak nagłe odejście, o wiele lat za wcześnie, pozwoli mi na odzyskanie harmonii i spokoju, tego lata bardziej potrzebnych mi niż kiedykolwiek. Planowałem przede wszystkim wyjazd do Kazimierza Dolnego na Festiwal Dwa Brzegi z monodramem „Wyjechać ze skrzypcami”.
Rozmawialiśmy o tym ze Zbyszkiem w Malibu, jego ulubionej kafejce w Juracie, kiedy przymierzałem się do pisania o skrzypcach, które ratowały ludzi z Holokaustu. Zastanawialiśmy się, czy to dźwięki fortepianu czy skrzypiec są nam bliższe w sytuacjach dla nas krytycznych.
Myśl Zbyszka, że skrzypce leżą najbliżej serca grających, rozwinąłem. Bo czyż ton i dźwięk skrzypiec nie jest niepowtarzalny, jak niepowtarzalny jest los każdego człowieka? Jak niepowtarzalne są linie papilarne palców skrzypków dotykających strun tego zadziwiającego instrumentu.
Tego lata postanowiłem jednak pojechać do Juraty na kilka dni. Chciałem zaczerpnąć w niej trochę energii potrzebnej mi w Kazimierzu na prawie dwugodzinną opowieść o Holokauście. Na wspominanie Niemki Lusi Videry ze Strzegomia, która po wojnie zwariowała, dowiedziawszy się, że jej męża zabito pod Stalingradem. I jej dwóch córeczek, z którymi ani ja, ani nikt nie chciał się po wojnie bawić, bo były Niemkami i miały zwariowaną mamę. I tego, jak jedną z nich odnalazłem po ponad pół wieku, żeby ją za to przeprosić. Na wspomnienia podoficera Wojska Polskiego Grzegorza Kantora, któremu zamordowano całą rodzinę w Kołomyi. A także na opowieść o skrzypku Olu Spiro z Warszawy i jego skrzypcach, które uratowały go z Holokaustu, gułagu i z którymi wyjechał w Marcu „68. I o jego zamordowanych w Treblince rodzicach i o niewpuszczaniu go do Polski przez 20 lat.
Jak to na Boga wszystko opowiedzieć – myślałem tygodniami – żeby nie przewrócić się na scenie w obecności osób, które tam niebawem zjadą. Ludzi wyznaczających swoją sztuką, swoim pisaniem wzory zachowań i postaw moralnych. Być może te parę dni w Juracie pozwoli mi się pozbierać.
Spacerując wolno po plaży i miejscowości, w której czas tak harmonijnie płynie, gdzie rytmicznie uderzające o brzeg fale Bałtyku uspokajają jednakowo każdego człowieka, patrząc na morze i jego bezkresną otchłań łatwiej zajrzeć głębiej we własną duszę, siebie samego zrozumieć, a może nawet odnaleźć w sobie trochę więcej dobra, niż to jest możliwe na co dzień.

Tamtego wieczoru siedziałem w winiarni w miłym towarzystwie. Wszyscy młodsi ode mnie, ludzie w średnim wieku. Ludzie, jakich Polska potrzebuje najbardziej, których w ich własnym rozwoju nikt nie jest w stanie zatrzymać.
Jacek – projektant mebli. Narysował kiedyś krzesło, na którym zechciało usiąść tylu ludzi na świecie, że zarobił swój pierwszy milion. Teraz ma już kilka fabryk i projektuje krzesła do teatrów i kin.
Bogdan z Kalisza, do którego Ingvar Kamprad, założyciel Ikei, przylatywał z propozycją uruchomienia produkcji w Polsce i USA. Bogdan ma własny samolot, ale nie po to, żeby się nim chwalić. To skromny człowiek, mimo że daje pracę setkom ludzi.
Artur – najwyższej rangi menedżer, entuzjasta kina, kiedyś dziennikarz i politolog, zarządza ogromnymi centrami handlowymi. Z potrzeby serca czas wolny poświęca doradztwu budującemu się Muzeum Historii Żydów Polskich.
Magda – zna chyba całą literaturę francuską, klasyczną i współczesną, na pamięć. Gdy tylko podrosną jej dwie córeczki, założy z koleżanką wydawnictwo, Na pewno im się uda, bo inaczej być nie może. No i jeszcze parę fajnych osób.
Dołączył do naszego towarzystwa mężczyzna w średnim wieku – Reżyser, który lekcję historii Polski ma jeszcze do odrobienia, o czym za chwilę. Było wesoło. Oczywiście, nie obyło się bez dowcipów, również o tematyce żydowskiej. Bo jakżeż pominąć bezcenny wkład Żydów w skarb kultury życia codziennego Polaków? Ale wszystko w granicach przyzwoitości.
Zapadł mrok i opuszczaliśmy już winiarnię. Decyzja zapadła. Kierunek Bambola – restauracja w samym środku Juraty. Prowadzona nienagannie, z doskonałą kuchnią, przeuroczym personelem złożonym przeważnie ze studentów. Na środku restauracji ogromny dymiący grill, a przy stolikach, mimo późnej pory, kilkadziesiąt osób.
I nagle, proszę państwa, krzyknął do mnie na cały głos Reżyser.
– Chodź tu Leo, opowiedz coś o Holokauście. Oniemiałem. A Reżyser woła mnie dalej: no chodź, chodź, powiedz jakiś kawał o Holocauście. A facet w białej kurtce, nie z naszego towarzystwa, wykrzyknął: To tutaj, na tym grillu! I pokazał ręką w stronę rozżarzonych węgli i dymu unoszącego się z ogromnego grilla na środku restauracji z karkówką, kaszanką i kiełbasą na ruszcie.
Pomyślałem: to nie jest mój wieczór i nie moja Jurata tym razem. Trzeba wyjechać stąd jak najprędzej. Reżyser wybiega za mną na ulicę. Przeprasza, napijmy się, mówi. Nie żartuj sobie z Holocaustu, mówię spokojnie, bo gdyby tego inferno nie było, to Hollywood byłby pod Otwockiem, a nie w Kalifornii, a ty nie musiałbyś latać pięć lat za kasą na swój film.
Wróciłem. I spoglądam na tego faceta w białej kurtce, który na rozżarzony i niekoszerny grill, obok kaszanki i karkówki Żydów by chciał posyłać. Jego twarz wydała mi się znajoma, dokładnie kim jest – nie wiedziałem. Złapałem go raptem za klapy, podniosłem z krzesła i zaryczałem: Ty taki… synu zaraz cię na ten grill zaprowadzę.
– No jak, pójdziesz teraz ze mną, pójdziesz, ty…? Trzymałem go krótko za klapy kurtki. Nikt nie byłby w stanie oderwać mnie od niego, gdyby nie opuścił rąk i wzrokiem poprosił, bym dał spokój. Mówiłem chyba zbyt głośno, jak na Juratę w nocy, bo w niektórych oknach w apartamentach po 1600 złotych za dobę z obiadokolacją, zapaliły się światła.
Głos mam wytrenowany na wykładach o pojednaniu. Podobno nie mówiłem, a wyłem. Kiedy mnie oderwano od tego faceta, krzyknąłem jeszcze kilka razy: ty…. synu nigdy, ale to nigdy nie kładź oficerów AK do piachu i Żydów na grill, nawet w Juracie po dwunastej w nocy. Targało mną jeszcze długo oburzenie jego próbą upodlenia mnie i mojego narodu, tutaj w tej słonecznej Juracie latem tego roku. Dobrze, że mili ludzie byli cały czas koło mnie.

Czy reżyser filmowy albo inny artysta może robić sobie żarty z Holokaustu? Może. Humor albo ironia mogą mieć ogromną siłę oddziaływania. Ale nie w knajpie, nie w ten sposób, nie w Juracie, mieście do innych celów przez Pana Boga stworzonym. No i nie wtedy, kiedy ja tam jestem. Niedługo, jak dobrze pójdzie, powstanie pierwszy na świecie film, znakomitego polskiego artysty Zbigniewa Rybczyńskiego, laureata Oscara, wyśmiewający dogłębnie antysemityzm na przestrzeni dziejów.
W amerykańskiej komedii „Kac Vegas”, która miała premierę w sierpniu, reżyser Todd Philips opowiada historię czterech przyjaciół udających się na wieczór kawalerski do Las Vegas. Jeden z nich, Żyd amerykański, dentysta, w zaćmieniu narkotykowym, imprezując z kolegami w barze, przylega do uroczej striptizerki. Tej samej nocy bierze z nią ślub, oświadczając się uprzednio pierścionkiem uratowanym z Holokaustu. Na drugi dzień z przerażeniem stwierdza, że był to pierścionek przeznaczony na inną okazję i inny ślub. Pierścionek wraca do niego, sprawa się rozwiązuje.
Różnica pomiędzy tą fikcją filmową a zdarzeniem w restauracji Bambola polega na tym, że negatywny bohater mojego opowiadania spod grilla, facet w białej kurtce, który mnie na te rozżarzone węgle kierował, jest osoba znaną w Warszawie i był tego wieczoru kompletnie trzeźwy.

Rzeczywistość polska przekracza jednak fantazję nawet amerykańskich reżyserów filmowych.
Na wieczność pozostaną w źródłach i archiwach bardziej „artystyczne” konteksty Holokaustu w połączeniu z różnymi sztuczkami. Otóż dnia 21.06.2001 roku w Sądzie Rejonowym dla m. st. Warszawy, na posiedzeniu niejawnym z wniosku Szurmieja Szymona zarejestrowana została Fundacja Odrodzenie z siedzibą przy placu Grzybowskim nr 12/16 (w tym samym gmachu teatru wtedy państwowego), której celem działania miało być, na czas nieoznaczony, „wdrażanie systemu pedagogicznego Janusza Korczaka w edukacji i wychowaniu młodzieży dla realizacji praktycznych zadań i wyzwań społecznych XXI wieku oraz… itp, itd., której przedmiotem działalności byłaby sprzedaż hurtowa paliw stałych, ciekłych, gazowych oraz produktów pochodnych, sprzedaż hurtowa wyrobów chemicznych, rozbiórka i burzenie obiektów budowlanych, roboty ziemne” oraz, między innymi, w punkcie 6 „artystyczna i literacka działalność twórcza, gdzie indziej niesklasyfikowana”.
Otóż rano po zajściu w Bamboli, po którym nie miałem wcale kaca, okazało się, że facet, który posyłał o dwunastej w nocy Żydów na niekoszerny grill i paliwo stałe, jest współpracownikiem jednej takiej, niedawno założonej organizacji, która ma ratować pamięć narodu żydowskiego, jak również społeczność żydowską w Polsce rozwijać.

Wyjechałem z Juraty. Samochód gnał w stronę Kazimierza, a ja czułem, że im dalej od Juraty, a bliżej Kazimierza, tym lepiej.
Jurata zrobiła się pazerna, ceny hoteli brutalne i chyba wyższe niż w Las Vegas. Kawa, na którą mnie przy śniadaniu na tarasie jednego z tych głośnych hoteli zaprosił Reżyser, kosztowała 20 zł (sam za nią zapłaciłem). I miała smak paliwa ciekłego. Zniszczą hotelarze niepowtarzalną atmosferę Juraty. Będzie coraz mniej miejsca dla dobra i zacności. I nawet studentki z Wrocławia, które zgadzają się pracować za 7 złotych za godzinę, bo to w Juracie, jej nie uratują.
W drodze do Kazimierza przypomniałem sobie zdarzenie opowiedziane przez aktora Julka Pilpla. Grał u Idy Kamińskiej w Teatrze Żydowskim, kiedy był to jeszcze prawdziwy teatr, prawdziwa perła polsko-żydowskiej kultury na miarę europejską, zniszczona po Marcu „68.
Otóż Zbyszek Zapasiewicz w Marcu „68 siedział w SPATiF razem z aktorem żydowskim Juliuszem Bergerem, kiedy dwóch siedzących przy stoliku obok ubeków zażartowało: jeszcze te dwa Żydki nie wyjechały. Berger, niezapomniany Tewje Mleczarz ze „Skrzypka na dachu”, mężczyzna krępy i silny, wstał, ale Zbyszek pociągnął go z powrotem na krzesło.
I sam wstał, podszedł do ubeków i przewrócił na nich stolik razem z wódką, którą pili. Zawołał szefa sali i zażądał, by ich
wyrzucił z lokalu, używając przy tym wszystkich stosownych epitetów, których Zbyszek umiał używać jak chyba nikt inny.
Zastanawiałem się, czy i ja postąpiłem słusznie? Ja, który zbieram dyplomy za szerzenie tolerancji. Znam odpowiedź. Zrobiłem to, co należało w takiej sytuacji zrobić. Inaczej nie mógłbym kilka dni później w Kazimierzu nad Wisłą stanąć na scenie i mówić prawie dwie godziny o godności człowieka i Holokauście. Do ludzi młodych i do największych artystów – ludzi pióra, sceny i kina, którzy w Juracie przebywają rzadko albo nigdy. Ludzi, którzy są bezkompromisowo wyczuleni na prawdę, i uczuleni na to, by w Polsce żyło się lepiej, mądrzej i uczciwiej. Niewykorzystujący swoich talentów do zbicia kasy, napchania sobie brzuszyska za pomocą manipulowania historią tej ziemi czy robienia czegokolwiek kosztem innych.
Przyjechali do Kazimierza, aby w środku lata, gdy nad Wisłą dojrzewają już papierówki, posłuchać opowieści o skrzypcach. Opowieści, która ciągle musi być opowiadana. I ciągle jest niedokończona, a do opowiadania w Bamboli, w Juracie, przy dymiącym niekoszernym grillu latem tego roku się nie nadawała.

wyjechac-z-juraty