Wyjechać z Wrocławia

Źródło:

 

Jestem znowu po ponad 60 latach w synagodze Pod Białym Bocianem. I bardzo żałuję, że Mesjasz jeszcze nie przyszedł na ziemię, by przypilnować tego gigantycznego odrodzenia i ożywić wszystkich umarłych Żydów, bo może na sali byłoby wtedy co najmniej pięciu laureatów Nobla.
Są takie miasta, w których po prostu musimy bywać, nie dlatego, że przyciąga nas ich niezwykły urok czy mamy tam jakieś ważne sprawy do załatwienia. Wręcz przeciwnie, jedziemy do tych miast, wiedząc, że zbyt szybko trzeba je znowu będzie opuszczać, ponieważ dłuższy pobyt staje się niemożliwy. A jednak od czasu do czasu jedziemy.

Jadę do Wrocławia, żeby na szacownym Międzynarodowym Festiwalu Teatru Jednego Aktora opowiedzieć w monodramie o losach polsko-żydowskich na tej ziemi. Prosiłem o małą salę, ale organizatorzy, ponosząc dużo większe koszty, postanowili wynająć jeszcze do końca nieodremontowaną synagogę. Dla nich to miejsce dzisiaj ważne i symboliczne, dla mnie również, ale też bardzo bolesne. Moi rodzice poszarpani przeżyciami wojennymi już w 1946 roku modlili się w tej synagodze.
Gdyby ktoś wiosną 1945 roku nakręcił film dokumentalny o Breslau, powinien dać mu tytuł „Miasto ukarane”. W lutym 1945 roku Rosjanie otoczyli je i przez 85 dni odbierali Niemcom dom za domem, potem chmura 750 rosyjskich bombowców przesłoniła Panu Bogu widok miasta i dokonała reszty. Breslau, w swojej architekturze i charakterze bardziej germańskie niż inne duże miasta w Niemczech, było niegdyś znacznie odporniejsze na antysemityzm, pozwalało żyć obok siebie różnym narodom.
Ale w 1932 roku przyjmowano tu Hitlera radośniej nawet niż w Berlinie, mianowano go honorowym obywatelem Wrocławia. Także w wyborach 1932 roku oddano tu na nazistów więcej głosów niż w Berlinie czy jakimkolwiek innym dużym mieście Trzeciej Rzeszy. Miasto opanował nazistowski szał. To, co w latach 30. wyprawiano tu z niemieckimi Żydami, kupcami, laureatami Nagrody Nobla, lekarzami, naukowcami, oficerami armii niemieckiej czy uhonorowanymi najwyższymi odznaczeniami bohaterami I wojny światowej, mogłoby stanowić kanwę niejednego thrillera. Miasto samo pozbywało się swoich mieszkańców: zaczynając od 20 tysięcy Żydów, a kończąc na kilkuset tysiącach Niemców już w czasie wojny wysiedlanych w głąb Rzeszy przez hitlerowskiego komendanta miasta Erika Steinbach z pewnością zalicza ich teraz do grona wypędzonych.
Nawet wtedy, kiedy naloty rosyjskie czarnym dywanem dymu przesłoniły miasto, Hitler – zamiast je poddać i ocalić – wciąż wierzył, że Festung Breslau się obroni. Skapitulowało dopiero 6 maja 1945 roku, kiedy nad Berlinem już od czterech dni powiewała biała flaga, a Hitler nie żył już od tygodnia. Ten kaprys Hitlera kosztował miasto 70 proc. jego pięknych kamienic, choć w lutym 1945 r. prawie wszystkie domy jeszcze stały niezniszczone. W końcu miasto zapadło się pod ziemię jakby ze wstydu i rozpaczy. Widziałem je oczyma dziecka latem 1946 roku.
Poznałem traumę utraty krajobrazów dzieciństwa i koszmar żegnania na peronie stacji kolejowej chorych, złamanych bólem rodziców i potrafię zrozumieć to lepiej niż wielu innych. Należę do generacji od roku 1968 wypędzanej z Polski przez komunę. Po wojnie widziałem też i Niemców: szli na dworzec z małymi wózeczkami załadowanymi niewielkim dobytkiem.

Wrocław był więc rozbity, choć może nie bardziej niż życie ludzi przybyłych na tę piękną ziemię – ale przecież nie obiecaną – Polaków, Żydów i Ukraińców wygnanych, obrabowanych, połamanych… Jeszcze długo nie będą w stanie uwierzyć, że to już na zawsze ich dom, ich porzeczki w zadbanych ogródkach. I nie będą się tu czuli u siebie na tych niemieckich szezlongach, marząc o powrocie do świata, gdzie się urodzili.
Żydzi szybko zorganizowali swój byt na tych ruinach. Wracać nie mieli dokąd, bo próby powrotu na wschód kończyły się zwykle nieszczęściem. Na nowo urządzili synagogę, stołówkę dla niezamożnych, przychodnię lekarską, koszerną jatkę, która dotrwała do 1968 r., żłobek, przedszkole i szkoły, które w 1947 roku były cztery. Powstało wiele spółdzielczych wytwórni, trochę sklepików, warsztatów szewskich i naprawy rowerów, zakładów krawieckich, szczotkarskich i fryzjerskich. Były pod Bielawą i Dzierżoniowem gospodarstwa rolne, były też tysiące robotników żydowskich, którzy szli do pracy na 6 rano razem z polskimi – nie do centralnych urzędów jak w Warszawie, tylko do fabryk.
We wrześniu 1939 r. mój ojciec, podoficer Wojska Polskiego, okrążony ze swoim oddziałem w lesie pod Modlinem, znalazł w nim dziesięciu żydowskich żołnierzy, by modlitwa o życie przy drzewach mogła dotrzeć do Boga. Wrocławska synagoga Pod Białym Bocianem przy ulicy Włodkowica 5, w której potem, w 1946 r., dziękował Wszechmogącemu za uratowanie, też wyszła cało z wojennej pożogi. Nie podpalono jej, ponieważ była wciśnięta pomiędzy budynki zamieszkane przez Niemców. Od 1946 r. modlili się w niej Żydzi polscy.
Tak było do roku 1968, kiedy to synagogę zajęto na rzecz Skarbu Państwa. W następnych latach uległa dewastacji w czasie przebudowy na bibliotekę uniwersytecką. Później jej prywatny właściciel pozbawił ją dachu, podłogi, okien, parapetów i drzwi. Dotknięta jeszcze dwoma pożarami, zmarniałaby do reszty, gdyby po 1996 roku za pieniądze europejskie i polskie nie zaczęto jej ratować. Dzieła dokończyła norweska Żydówka, artystka i piosenkarka, Bente Kahan, która – zakochana w polskim chłopaku, działaczu KOR i Studenckiego Komitetu Solidarności, więźniu reżymu Jaruzelskiego i emigrancie politycznym, przyjechała z nim kilka lat temu do Wrocławia i stanęła na czele konsorcjum, które wyremontowało tę ruinę.
Pięknie odrestaurowany zabytek przekazano 5 maja 2010 r. niewielkiej garstce Żydów wrocławskich. Synagoga jest też prezentem dla Polaków, którzy przychodzą tu posłuchać muzyki, obejrzeć wystawę lub wysłuchać żydowskiej piosenki w wykonaniu Bente Kahan.
Niedawno w Dolnośląskiej Szkole Wyższej odbyło się seminarium na temat filmu i tematów żydowskich. Przyszło ponad 150 osób. Obejrzeli dzieło Jolanty Dylewskiej „Polin – okruchy pamięci”, unikalne, bo ożywiło świat, którego już nie ma i nie będzie. Dzisiaj we Wrocławiu zostało nieco ponad 100 Żydów. A przecież po wojnie mieszkało ich tu około 20 tysięcy, ponad 100 tysięcy rozproszonych po małych miasteczkach na Dolnym Śląsku. Dziś do sobotniej modlitwy trudno zebrać tych dziesięciu Żydów.
Dużo łatwiej było ich mojemu ojcu odnaleźć w pododdziale Wojska Polskiego we wrześniu 1939 r. w lesie pod Modlinem. O tych żołnierzach, niestety, nie wiemy zbyt wiele. O tamtych zamordowanych przez Rosjan w Katyniu i innych miejscach kaźni także za dużo się nie mówi, a zginęła tam pokaźna liczba oficerów pochodzenia żydowskiego. Tej sprawie nie poświecono jednak dotąd ani milimetra taśmy filmowej. A byłby to podarunek mądry – podzwonne dla wspólnoty polsko-żydowskich losów, niespotykanej gdzie indziej w historii Europy, uratowany okruszek pamięci. Czasami trzeba umieć się dzielić nawet i okruchami…
W programie telewizyjnym Jan Ordyński zapytał mnie, która ziemia jest mi bliższa. Odparłem, że mnie, urodzonemu w Charkowie, dorastającemu w Polsce, mieszkającemu przez większość dorosłego życia w Szwecji, ziemią nie tylko najbliższą, ale i świętą nawet, jest ta we Wrocławiu przy ulicy Lotniczej. Nie przy Ścianie Płaczu w Jerozolimie płaczę, lecz we Wrocławiu właśnie… Jest tam stary żydowski cmentarz, gdzie spoczywa moja piękna matka, Żydówka rosyjska z Charkowa. Zmarła w lipcu 1968 r. w wieku lat 49, kiedy po Marcu 68 na uczelni w Opolu machano mi palcem przed nosem i tupano nogami, wymawiając, że jestem inny i gorszy niż wszyscy. Przez kilka tygodni nie miałem z matką żadnego kontaktu. Telefony były zablokowane. Potem nie zdążyłem nic dla niej zrobić, telefonowałem, gdy było już za późno. Odeszła szybciutko i po cichu, nie skarżąc się, że z powodu donosu szarpała ją wtedy ubecja za to, że jako jedyna nie podpisała na jakimś zebraniu po wojnie nazywanej sześciodniową protestu przeciwko Izraelowi.
Odwiedzam jej grób na potwornie zdewastowanym cmentarzu przy ulicy Lotniczej. Ten inny kirkut, starszy – przy ulicy Ślężnej – pozostaje pod opieką Muzeum Sztuki Cmentarnej i miasta i wygląda tak, jak miejsce wiecznego spoczynku wyglądać powinno.
Po wizycie na cmentarzu wracam szybko samochodem przez Polskę w stronę Gdańska, a po drodze mijam Wolsztyn koło Poznania. Tamtejszą starą synagogę przejęła Gmina Żydowska w Poznaniu i sprzedała potem producentowi niekoszernej karkówki. W grudniu 2009 r. „zaprószył się” ogień, tak jak dwa razy w tamtej we Wrocławiu, ale ta wolsztyńska spaliła się do fundamentów i nie ma już w tym miejscu tego daru bożego. Zostanie jednak ładny placyk w doskonałym punkcie miasta wyjątkowo miłego. A mogła tam być chociaż biblioteka, muzeum, sala koncertowa, księgarnia albo można było ją oddać Caritasowi dla pożytku innym ludziom, jakimi nie ma czasu się zająć Pan Bóg, który jest wszakże jeden dla wszystkich. Stałaby więc synagoga z tablicą za 2 tysiące złotych i należałaby na wieczność do kultury europejskiej, gdyby wcześniej nie wpadła w łapy macherów od mienia żydowskiego w Poznaniu.
Jak być powinno, jest w Słupsku, bo tam w byłym domu Gminy Żydowskiej jest piękna tablica, a Caritas wydaje chleb i zupę biednym ludziom i każdy milimetr pamięci po Żydach jest oznaczony tablicami.
Nie mogę też przestać myśleć o tych niektórych dzisiejszych festiwalach i pląsach. Najbardziej chodzi mi po głowie owa warszawska „singeriada”, do której wielcy artyści oddają swoje dzieła, a potem robi się z tego „cepeliada” pomieszana z instalacjami z dywanem z włosów albo warkoczami. No i te okruchy pamięci, z których w ubiegłym roku ulepiono tam całe mnóstwo chały, którą z miodem rozdawano później na ulicy Próżnej podczas szabatu, pewnie po to, żeby osłodzić przypadkowym przechodniom gorycz po zamordowanym narodzie.
Wtedy przypomina mi się ta ziemia przy ulicy Lotniczej i w wielu innych miejscach w Polsce, gdzie nie starcza pieniędzy na podniesienie przewróconych macew czy zagrabienie uschłych liści. Nie mam potrzeby odbierania ludziom radości na „cepeliado-singeriadach”, ale czy nie lepiej za te pieniądze trochę więcej nagrobków na należne im miejsce postawić i oczyścić?
Bo koszerna chała, którą też tak nonszalancko szafują w Warszawie, we Wrocławiu jest rzadkością. Do miasta przywozi się ją po parę sztuk – dla naczelnego rabina Wrocławia i Śląska Icchaka Rapoporta, jednego z najmłodszych rabinów w Europie. Język polski wyssał z mlekiem matki „wyjechanej” z Polski, z Sosnowca po 1968 roku.
W Sztokholmie dokuczano mu, jako student nosił kipę na głowie, więc wyjechał do Izraela i tam w 2002 roku uzyskał ordynację rabinacką. Teraz chodzi sobie po Wrocławiu statecznym krokiem, a studenci uniwersytetu proszą go na wykłady. W ubiegłym roku napisał razem z ks. Mariuszem Rosikiem mądrą książkę o egzegezie żydowskiej okresu biblijnego, a prezydent miasta uważa za zaszczyt gościć go u siebie. Na szabasowe kolacje, aby uchronić ich koszerność, rabin przechowuje te chały przywiezione z Warszawy w swojej lodówce. We Wrocławiu nikt już dzisiaj ani jutro koszernej chały nie upiecze mimo imponującego odrodzenia życia żydowskiego, o którym mówi się bez poczucia wstydu nawet i w kosztownych albumach, chociaż wiemy dobrze, że wszystkie aspekty życia żydowskiego są na razie klientami respiratora. W stołówce gminy jest tylko kilkoro wiernych czekających niecierpliwie w piątkowy wieczór na kawałek chałki razem z biednymi, którzy też tam na posiłek zachodzą, i jest ich o wiele więcej niż osób wyznania mojżeszowego.

Ach, ten Wrocław… Zawsze starał się uniezależnić od kasy państwowej, aby można było ładnie żyć za zwyczajne monety.
Był czas, kiedy to nie w Narodowym Banku Polskim w Warszawie, lecz we Wrocławiu – w kawiarni hotelu Monopol oraz w sklepie z dodatkami krawieckimi ciotki Poldka Sobela przy ulicy Łokietka – ustalał się kurs dolara ważny dla całej Polski. Tam załatwiało się carską monetę ze złota, tzw. świnkę, lub złotego dolara, którego Agata Buzek w filmie „Rewers” Lankosza i Barta musiała ze strachu połykać w nocy w Warszawie.
We Wrocławiu nosiło się złote monety i walutę ukryte w zaszytej kieszeni, w butach lub pod biustonoszem, trzymało się je w piecu pod jakimś luźnym kaflem lub pod podłogą, co nie było specjalnie trudne, bo podłogi i schody zawsze się lekko we Wrocławiu chwiały, tak jak dzisiaj się chwieją schody do biura wrocławskiej Gminy Żydowskiej – schody pamiętające Breslau po radzieckich bombardowaniach. Zostały takie dla zachowania pamięci o tych powojennych czasach, chociaż wchodzi się po nich dzisiaj, żeby podejmować ważne, strategiczne decyzje w sprawie burzliwie odradzającego się życia żydowskiego w Polsce, ratowania pamięci albo żeby zorganizować następny fajny festiwal pod nazwą „Simcha”, podczas którego pokazuje się wycinanki i rozmawia na mądre tematy z tajemnicami kuchni żydowskiej i wyższości smaku chały nad chlebem żytnim włącznie, no i oczywiście – śpiewa i tańczy.
Były czasy, kiedy nie było tak wesoło, a o ważnych sprawach żydowskich i polskich mówiono półgłosem, nasłuchując, czy czasem ktoś obcy nie wchodzi po tych schodach. Kiedy funkcjonariusze władzy ludowej przybywali na miejsca akcji, żeby rozerwać podłogę lub piec kaflowy, przerzucić węgiel w piwnicy, wysypać pierze z poduszek i kołder, żeby wreszcie znaleźć te 10 dolarów lub świnkę, co w konsekwencji groziło wezwaniem na milicyjną komendę na przesłuchanie. W takiej sytuacji polecieć do kawiarni w hotelu Monopol i spytać, kto zna oficera śledczego, było jakimś wyjściem. Tam bywalcami byli wszyscy: ubecja i handlarze walutą, złodzieje i piękne kobiety ze Lwowa, i nawet hrabia Wojciech Dzieduszycki, ulubieniec miasta i UB, artyści, kapusie i prostytutki. A gdy się już takiego oficera namierzyło, trzeba mu było powiedzieć: „Szanowny panie, mój ojciec miał sklep bławatny w Drohobyczu, znał pana ojca, był porządnym polskim adwokatem, bronił żydowskich kupców, a nawet komunistów, dzięki czemu pan ma teraz taką super robotę. Czy można coś zrobić?”. I przeważnie można było coś niecoś zrobić, aby ratować człowieka i wolną komercję. Polacy we Wrocławiu zawsze za nic mieli tę władzę ludową i cały ten socjalistyczny bardak. We Wrocławiu po wojnie każdy był przegrany. Jego mieszkańcy uważali wszystko za tymczasowe i że kiedyś trzeba będzie zostawić niemiecki kredens i wyjeżdżać. Ludzie stworzyli więc sobie w kawiarni hotelu Monopol własną wolną strefę ekonomiczną. A zapotrzebowanie na walutę i walizki było we Wrocławiu większe niż gdziekolwiek w Polsce.
Żydzi zaledwie zdążyli się rozpakować – w Dzierżoniowie, Jaworze, Strzegomiu, Legnicy, Świdnicy, Wałbrzychu, Kłodzku, Bielawie i wielu innych miastach Dolnego Śląska, kiedy w czerwcu 1946 roku po pogromie kieleckim padł na nich strach. W rezultacie wielotysięczny exodus przetoczył się przez przejście graniczne pod Kłodzkiem. Polscy wopiści mieli z Warszawy polecenie nikogo z nich nie zatrzymywać, a czescy pogranicznicy brali po 10 dolarów od łebka. Po drugiej stronie granicy czekał na nich ktoś z Agencji Żydowskiej, bo uciekinierzy naturalnie żadnych paszportów nie posiadali. Centralny Komitet Żydów Polskich w Warszawie protestował u Bieruta i żądał, żeby tę emigrację zatrzymać. Żaden antysemita czy filosemita na to by się nie zdobył.
Ale pewien wysoko uplasowany członek kierownictwa komitetu podobno miał pracować dla Żydów – w istocie pracował przeciwko Żydom i państwu żydowskiemu, choć sam po 68 wyemigrował do Izraela, gdzie dano mu schronienie na stare lata. W 1948 r. trzeba go było w drodze, gdy wracał z Łodzi z zebrania, wyciągnąć z samochodu, mignąć przed oczyma pistoletem i nadmienić, że następnym razem nie pojedzie już na żadne konsylium, jeśli się nie zamknie w sprawie zablokowania emigracji Żydów, którzy koniecznie chcą pomieszkać w blaszanych barakach pod słońcem pustyni w wymarzonym Izraelu. A było niemało takich, co czekali na tę okazję już od 2000 lat. Rozjechali się więc Żydzi z Wrocławia i całego Dolnego Śląska do Izraela, Ameryki, Australii, i Kanady i po świecie, i widać nie ma po nich ani ździebełka pamięci.
A więc w końcu późną jesienią ubiegłego roku jestem znowu po ponad 60 latach w synagodze we Wrocławiu. I bardzo żałuję, że Mesjasz jeszcze nie przyszedł na ziemię, by przypilnować tego gigantycznego odrodzenia i ożywić wszystkich umarłych Żydów, bo może na sali byłoby wtedy co najmniej pięciu laureatów Nobla, wrocławskich Żydów, słuchających, jak tu było po wojnie, a potem w 1968 roku, i dlaczego 20 lat po zagładzie ich potomkowie musieli emigrować z Polski. Ale kiedy w końcu przyjdzie ten oczekiwany przez nas Mesjasz i wszyscy wrocławscy Żydzi z cmentarza przy ulicy Lotniczej powstaną z porozwalanych grobów i otrząsną z siebie zgniłe liście i sobacze nieczystości, dostaną wtedy automatycznie obywatelstwo polskie. Przed wojną 30 tysięcy obywateli Breslau miało polskie paszporty i nawet trochę Żydów dzięki temu się uratowało.
Kiedy tylko zmartwychwstaną, to – jako ludzie inteligentni i obywatele polscy – zapytają zaraz, na kogo głosować w następnych wyborach, żeby akcenty antyżydowskie na tej ziemi się nie powtarzały. Powiedzieć im wypada wtedy, żeby na Jerzego Wenderlicha głosowali, bo ten jako jedyny poseł na Sejm Rzeczypospolitej z Warszawy na spektakl do synagogi przyleciał się zorientować, co się w niej dzieje. To entuzjasta teatru i dobrego kina, problem z nim jest taki – znam go już parę lat – że żadnego fajnego przekrętu z monetami po prostu nie jest w stanie zrobić i do żadnego kryminału się nie nada, chociaż ojciec w Toruniu był prywaciarzem nawet za komuny. Na Wenderlicha i bez naszej porady zagłosuje zapewne z przyjemnością ojciec chrzestny światowej socjaldemokracji Ferdynand Lassalle, urodzony we Wrocławiu i pochowany tamże na cmentarzu żydowskim. Był socjalistą, ale jako prawnik zarabiał krocie w wymienialnych markach, chociaż utrzymywała go przez pewien czas hrabina. Zginął w pojedynku o kobietę, jak prawdziwy szlachcic. Jego nagrobek hitlerowcy zdewastowali, a Polacy z PPS po wojnie, w 1946 roku, za swoje pieniądze odrestaurowali. Zaprosiłbym potem Lassalle’a do Sztokholmu na jakieś seminarium, żeby przedyskutował z politologami dylemat, czy robienie żartów w polityce może mieć szatańskie konsekwencje, bo kiedy poseł szwedzkich socjaldemokratów Eric Brandt w liście z 27 stycznia 1939 roku do Norweskiego Komitetu Noblowskiego zaproponował Adolfa Hitlera do Pokojowej Nagrody Nobla, Norwedzy wzięli ten list na serio i umieścili Führera na oficjalnej liście kandydatów.
Co do prawdziwych noblistów – trzeba będzie, niestety, jednego z tych ożywionych noblistów żydowskich z Wrocławia postawić przed sądem, najlepiej na neutralnej sesji wyjazdowej w Łodzi – w tym samym niezależnym składzie sędziowskim, o jakim czytamy w znakomitej książce „Fabryka muchołapek”, bo mają tam ogromne doświadczenie, jak sprawiedliwie sądzić za bezeceństwa czynione przez Żyda innym Żydom. Laureata Nobla z 1918 roku w dziedzinie chemii, wrocławianina żydowskiego pochodzenia Fritza Habera należałoby tam zlustrować. Czuł się Niemcem, więc będąc Żydem, przyjął chrześcijaństwo, a potem stał się zagorzałym antysemitą, chcąc zaś przysłużyć się potędze Niemiec, wynalazł m.in. gaz bojowy iperyt. Żona, kiedy dowiedziała się, nad czym pracuje, popełniła samobójstwo. Zmarł w odosobnieniu, w Szwajcarii. Pojechał tam z walizką szwedzkich pieniędzy, gdzie nikt go nigdy nie niepokoił.
Po spektaklu we Wrocławiu nie mogę od razu wyjechać, bo wojewoda dolnośląski daje mi nagrodę za to, co tam opowiadałem. Siedzę w hotelu bez sił, ale z zapakowaną walizką pełną prezentów – mieszkańcy mojego Strzegomia przywieźli mi je z okazji przedstawienia. Wszystko, co i jak opowiadam, kosztuje mnie dużo zdrowia.
Doktor Wiktor Żłobicki z Uniwersytetu Wrocławskiego przychodzi na kawę. Mówię mu, że chyba nie dam rady pojechać na cmentarz; po prostu się boję, że już stamtąd tym razem nie wyjdę. Na drugi dzień pan Wiktor pokazuje mi w swojej komórce zdjęcie uporządkowanego grobu mojej mamy z zapalonymi świeczkami.
Są takie miasta, które są bliskie naszemu sercu, ale nie możemy przebywać w nich zbyt długo.
Są takie miasta, w których zawsze popadamy w zadumę, zamiast się cieszyć ich urodą.
Są takie miasta, które okazywały ludziom największą pogardę, a teraz spotkać możemy w nich tyle dobra i empatii. Do takich miast należy Wrocław – 1360 kilometrów na południe od Sztokholmu.

3-podpis-dzieci-zydowskie-uratowane-z-zaglady-wroclaw-jesien-1945 wyjechac-z-wroclawia-rzeczpospolita-14-11-2010-1 wyjechac-z-wroclawia-rzeczpospolita-14-11-2010-2