Wyjechać ze skrzypcami

Źródło: PlusMinus

Wyjechać ze skrzypcami

Człowiek stworzył skrzypce w poszukiwaniu doskonałości. Żaden inny instrument, dosłownie i w przenośni, nie leży grającemu bliżej serca. Wirtu­ozi potrafią wydobyć z nich to­ny i wibracje jedyne w swoim rodzaju – jak linie papilarne palców dotykających strun te­go zadziwiającego instrumen­tu. Podobne kształtem do pięk­nej kobiety, delikatne, wymagają czułości i łagodnego trak­towania.
Mówi się nieraz, że człowiek, który nie zaznał bólu, nie potra­fi się cieszyć muzyką. Skrzypce najlepiej wyrażają smutek, żal i ten niezwykły śmiech – przez łzy. Nie przez przypadek jest to instrument umiłowany przez Żydów i Polaków, dwa chyba najbardziej melancholijne narody świata.
Smutek i tęsknota w mazur­kach Henryka Wieniawskiego to nie tylko jego żydowskie korzenie (matka z domu Wolf, oj­ciec Rofe-Pietruszka, nazwisko Wieniawski przyjął od nazwy dzielnicy Lublina – Wieniawy). Jego muzyka niesie w sobie kli­mat charakterystyczny dla pol­sko-żydowsko-chasydzkiego Lublina.
Jak żaden inny instrument ratowały skrzypce życie ludzkie w najbardziej mrocznych cza­sach brutalnej pogardy. Można było je wziąć pod pachę i wyje­chać tam, gdzie bezpieczniej. Pan Bóg, los i ludzie byli łaskaw­si dla skrzypków, bo ci kojarzą się z zacnością i dobrem.
Leonid Olo Spiro
Chodź syneczku, zaniesie­my ciebie do pokoju , pan Leszek przyszedł z tobą porozmawiać – mówi Lucyna do męża Leonida Ola Spiro.
Lucyna – Polka o wiele lat młodsza od męża – zajmuje się nim jak małym dzieckiem. Rok po wyjeździe Ola z Polski Lucy­na uciekła do niego z wycieczki Orbisu. Rozmawiamy u nich w domu, na południu Sztokhol­mu, jesienią 2006 roku. Olo ma już 90 lat, leży malutki, skurczony jak główka skrzypiec. Od roku przykuty do łóżka, łamliwy jak włosek smyczka. Ale rozma­wiać chce na wózku, przy stole, z ciasteczkami i herbatą. Ele­gancki, do obiadu zawsze wkła­dał marynarkę. Przez całe życie był człowiekiem delikatnym, może nawet delikatniejszym niż skrzypce.
Rodzina Spirów przybyła do Polski w XVII wieku z Hisz­panii. Groby jego przodków są w Opatowie, Krakowie i w Prze­myślu. Pradziadek Natan Nata Spiro był znanym talmudystą w Opatowie. Dokumenty o jego rodzinie pojawiają się od 1630 roku. Przed wojną Olo mieszkał z rodzicami i młodszym bratem w stojącej do dziś kamienicy przy Żurawiej 24A. Oczko w głowie mamy, która przenio­sła go do szkoły po tej samej stronie ulicy, żeby, nie daj Boże, nie potrąciła go dorożka przy przechodzeniu przez jezdnię.
Ojciec, uzdolniony technicz­nie, zarządzał 12-stoma kamienicami bogatych Żydów. Tuż przed wojną kupił dwie wille w Józefowie. W jednej z nich ro­dzina spędzała urlopy, drugą wynajmowała letnikom. W cza­sie wojny, przed wysiedleniem do getta, polski granatowy poli­cjant zażądał od pana Spiro kluczy do jednego z domów. Do dzisiaj mieszka tam jego rodzina.
Dom na Żurawiej był dostat­ni, z fortepianem, dużą bibliote­ką polskich książek. Ojciec – przewidujący i mądry czło­wiek – namawiał Ola do nauki gry na skrzypcach. Olo skończył więc chemię, a potem Wyższą Szkolę Muzyczną w Warszawie. Studiujący na tej samej uczelni Władek Szpilman korzystał często z gościnności nieco za­możniejszej rodziny Ola i wpa­dał na obiady.
Kiedy w 1939 roku Niemcy dochodzili do Warszawy, oj­ciec wysłał Ola do Białegosto­ku. Reszta rodziny miała doje­chać później. Niestety, nie zdą­żyli. Zginęli w Brzezince. Olowi życie uratowały skrzypce. Grał w restauracji w Białymstoku. Kiedy Rosjanie weszli do miasta, aresztowali go za odmowę przyjęcia obywatelstwa i skie­rowali do wyrębu lasu w Re­publice Komi ZSRR. Ostatnim środkiem lokomocji była tra­twa. Już w łagrze się okazało, że po drodze skrzypce zalała woda. Olo załamany płakał na pryczy.
Wyczerpująca praca na 40- stopniowym mrozie przy wyrę­bie lasów, a latem w niesamowitym upale, wśród komarów i z głodowymi racjami chleba, za­bierała życie wielu ludziom. Olo w czasie wolnym od pracy przy­grywał więźniom na osuszo­nych przy piecyku skrzypcach. Potem, za zgodą NKWD, popro­wadził kółko muzyczne. Kiedyś Żydzi i Polacy zaśpiewali „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”. Na szczęście strażnicy nie znali polskiego.
Po trzech latach przeniesio­no go na Ukrainę. Na tyłach Ar­mii Czerwonej zakładano orkiestry. W 1946 roku Olo był już w swojej zrujnowanej Warsza­wie. Mieszkanie Spirów na Żurawiej zostało zajęte. Jeden z domów w Józefowie zajmował starszy syn granatowego poli­cjanta. Łaskawa władza ludowa przydzieliła Olowi trzy pokoje w drugim, spustoszonym domu przy Świerczewskiego 15.
Władek Szpilman napisał już wtedy pieśń „Do roboty”, która rozlegała się od rana do wieczora we wszystkich głośnikach, ale pracy Ołowi nie dał.
– Mówię do niego: wiesz, że umiem grać! Ale nie chciał ze mną rozmawiać, odwrócił się i odszedł. Pojechałem więc na Dolny Śląsk, do Dzierżonio­wa, uczyć muzyki w szkole. W 1949 roku wróciłem do War­szawy i dostałem pracę od Pola­ków, najpierw w Filharmonii Warszawskiej, a potem w Te­atrze Wielkim – opowiada Olo. Szybko stał się cenionym mu­zykiem i duszą towarzystwa . Chaczaturian, który wystawiał w Teatrze Wielkim balet „ Spar­takus”, niezadowolony z gry or­kiestry, krzyczał do skrzypków, wskazując Ola: – Czy nie może­cie grać tak jak ten pan? Urósł wtedy w oczach kole­gów. Kochali go wszyscy, a on nie wadził nikomu, miły, uczyn­ny, delikatny.
W marcu 1968 roku wezwała go kadrowa, oświadczając, że co do muzyki nie ma zastrze­żeń, ale karygodny jest jego stosunek do kobiet, zwłaszcza do jednej z szatniarek. Był też donos, że Spiro publicznie ob­rażał dyrektora Liberę. Olo od­powiedział, że kobiety uwiel­bia i szanuje, a dyrektora nie obrażał, bo w ogóle w życiu ni­kogo nie obraził. Jednak pani personalnej podziękował, bo ułatwiła mu decyzję wyjazdu z Polski.
Wszyscy wiedzieli, że z przedwojennymi skrzypcami Ola z Polski nie wypuszczą.
Nie wszyscy w tamtych cza­sach byli antysemitami. W Związku Lutników dali mi zaświadczenie, że skrzypce są zro­bione po wojnie przez jakiegoś lutnika w Kaliszu- mówi Olo.
– Wiemy, co się dzieje, panie Spiro, pan nie jest pierwszy. Przyjeżdżają do nas skrzypko­wie z całej Polski.
U konserwatora zabytków także potraktowano go życzli­wie. A wtedy do spisu dla urzędu celnego wpisywano nawet kawałek mydła.
-Mamy tutaj ten wykaz celny, z tym wpisanym mydłem, razem z listami Ola od ojca z getta warszawskiego do Rosji i kartą pracy na Syberii – mówi Lucyna. Leonid Olo Spiro dostał od władz pięć dni na opuszczenie Polski. Zapakowano niewiele, Lucyna została, żeby polikwidować resztę. Nie mieli jeszcze ślubu, pobrali się w Sztokholmie. Olo zdążył jeszcze tylko schować do walizki opakowaną pieczołowicie przedwojenną książkę telefoniczną Warszawy.
– Lucynko, przynieś panu Leszkowi naszą książkę – prosi Olo. Lucyna ostrożnie wyciąga z szuflady przedwojenny spis telefonów, niesie go z taką czułością jakby niosła Torę. Zdejmuje plastikową obwolutę i Olo drżącą, chudziutką ręką pokazuje mi ulice, reklamę pogotowia – było też żydowskie – sklepy, zwłaszcza lutnicze, księgarnie i kawiarnie, i numer telefonu do mieszkania na Żurawiej, w którym się wychował.
Dotyka z czułością kartek. Na chwilę staje się dzieckiem, a jego cały niewinny, ciepły i radosny świat to Warszawa zawarta w książce telefonicznej z końca lat 30stych.
Po wyjeździe w 1968 r. zoba­czył swoje miasto tylko raz, w 1979 roku. Operę Warszawską zaproszono na gościnny występ do Sztokholmu, a Ope­ra Królewska w Sztokholmie z ponad 200-osobowym ze­społem miała wystąpić w War­szawie. Olowi odmówiono wi­zy. Wtedy zaprotestował cały zespól i dyrekcja postanowiła odmówić przyjazdu. Ambasa­dor PRL zadzwonił do dyrek­tora z przeprosinami i wyja­śnieniem, że zaszła pomyłka, bo, zdaje się jest jeszcze jeden Leonid Spiro w Szwecji, i to nie chodzi o tego skrzypka z Ope­ry Królewskiej, tylko o tego drugiego.
Niemiecki „Stern” opisał tę historię z komentarzem, że na koncercie Żyd, którego nie chciano wpuścić do Polski, miał na pulpicie te same biało-czerwone goździki, co reszta orkiestry. – Patrzyłem na miasto z bólem – wspomina Olo.
Pytam Lucynę, już po jego śmierci, czy tęsknił za Polską. – Bardzo tęsknił, ale długo miał zadrę w sercu, a potem, kiedy już chciał pojechać, nie miał zdrowia. Każdego, kto jechał do Polski prosił o zrobienie zdjęcia Żurawiej – opowiada.
Książka telefoniczna podarowana została przyjaciołom w Sztokholmie. Na skrzypce, które uratowały mu życie, nie ma kupca. Może Lucyna odda je kiedyś Muzeum Historii Żydów Polskich w uszkodzone – pękły, gdy walnięto w nie pieczęcią urzędu celnego. Jej odcisk też się zachował: z laku, z orzełkiem bez korony, złamana na dwie połówki. Chyba jedna połówka jest polska, druga żydowska…

Adam Wiernik
Jesienią 2006 roku zadzwo­niła znajoma, że umarł Adam Wiernik. Czy wiem, kiedy i gdzie będzie pogrzeb? Zapytałem Simę, żonę Adama, i usłyszałem trochę zdziwiony, że na Cmentarzu Północnym w Sztokholmie. To wprawdzie jeden z najpiękniejszych cmen­tarzy na świecie, ale protestanc­ki. A Adam był Żydem!
Urodził się w Warszawie, cała jego rodzina zginęła w czasie okupacji, pracował z legendarną aktorką Idą Kamińską, pisał dla jej teatru muzykę, dopóki nie wyjechała z Polski w 1968 roku. Grał na skrzypcach z ostatnim klezmerem Rzeczy­pospolitej Leopoldem Kozłow­skim, wydał kilka albumów pio­senek żydowskich. Kochany przez całą artystyczną Polskę miał tysiące przyjaciół, ale w 1968 roku postanowił zostawić wszystko i emigrować do Szwecji.
Wojnę, jak wielu, przeżył . Grał w zespole Edi Rosnera, wtedy uwielbianego jazzmana. Do Polski przyjechał w 1945 roku z piękną rosyjską aktorką Simą. W Krakowie grał w jakimś hotelu za śniadanie, skromne wynagrodzenie i nocleg. Z jego dziewięcioosobowej rodziny nikt się nie uratował oprócz siostry, pianistki Anny­ Wiernik, która przeżyła Auschwitz i młodo zmarła na gruźlicę. Adam nigdy, ani słowem nie mówił dzieciom – Jurkowi i Żanecie – o czasach zagłady. Kiedyś tylko, w Sztokholmie, siedząc zamyślony w fotelu, nagle wspomniał młodszego brata, żałując, że nie pociągnął go za sobą do Rosji.
Po wojnie Adam zorganizował Orkiestrę i Chór Radiowy w Kra­kowie, został ich dyrygentem. W 1956 roku już w Warszawie zo­stał dyrektorem artystycznym Centralnego Zespołu Pieśni i Tańca Wojska Polskiego – jedy­ny cywil w tym wielkim zespole. Pracował z ogromną pasją, od­dychał muzyką, komponował. Absolwent Wyższej Szkoły Mu­zycznej w Warszawie według profesorów miał być wirtuozem, ale wybrał batutę dyrygencką. Mieszkali Wiernikowie w trzy­ pokojowym mieszkaniu przy placu Zbawiciela. Bywało, że na kozetce w kuchni spał Le­opold Kozłowski, gdy przyjeż­dżał z Krakowa. Wpadał Zby­szek Cybulski, bywała Irena Santor, Czesław Niemen, Wojciech Młynarski, Agnieszka Osiecka.

Adam był kierownikiem mu­zycznym i filarem festiwali w Sopocie, a potem w Opolu. Kilka dni przed festiwalem przyjeżdżał olbrzymim błękit­nym chevroletem kupionym za chałtury z PAGARTem w USA.
Zakonnice z pobliskiego klasztoru żegnały się z przerażeniem, widząc samochód widmo, bo Adam był bardzo niski i nie było go widać za kierownicą.
Tylko Adam Wiernik potrafił w ciągu paru dni zorganizować 100-osobowy zespół połączonych orkiestr. Bal trwał. W roku 1967 też było hucznie. Daleko od Warszawy, gdzie rozpoczęły się już zwolnienia Żydów z pracy, nie tylko w ministerstwach, redakcjach i wydawnictwach, ale również w Ursusie i na Żeraniu. W końcu jednak niepokoje dotarły do amfiteatru.
Adama Wiernika nikt nie wyrzucał z pracy, bo był wszędzie, ale nigdzie na etacie. Nie wyrzucano go, ale… wyjechały dzieci. Najpierw Żaneta, potem Jurek. Dla Adama i Simy rozstanie się z nimi było nie do wytrzymania. Jesienią 1969 roku przyjechali do Szwecji.
Adam zaczął komponować i szybko wpisał się na listę uzna­nych i cenionych kompozytorów szwedzkich. Jego utwory grano w szwedzkim radiu i w BBC. Na festiwalu filmowym w 1981 roku dostał Grand Prix za muzy­kę do filmu o szwedzkim artyście Lindströmie. Grał też w bardzo dobrym teatrze muzycznym . Jednak prawdziwe życie w ja­kimś sensie zakończyło się wraz z wyjazdem z Warszawy. Żył po cichutku. Polskę starał się od siebie odsunąć, żyjąc teraź­niejszością , pracą, wnukami. Czasami dzwonili do niego do Szwecji Wojciech Młynarski, reżyser z Sopotu i Opola Jan Rzeszewski oraz Lucjan Kydryński. Ale nie mógł przyjechać do Polski nawet na chwilę. Mar­cowych emigrantów nie wpusz­czano aż do 1989 roku. Potem był tylko dwa razy. Krótko. Był w nim ogromny żal, choć nie mó­wił tego głośno. Kiedy pytałem go, już po 1989 roku, czy nie chciałby pojechać na dłużej do Polski, milkł i zmieniał temat.
Kiedy się zapomniał, entuzjastycznie zaczynał opowiadać: „A w Sopocie w 1965…” Zaraz jednak gasł jak zdmuchnięta świeca. Na cmentarzu podszedłem do pastora, który pasjonował się muzyką i prowadził z Ada­mem długie dyskusje. Zapyta­łem, jak to się stało, że Adam na pięć lat przed śmiercią zmie­nił wyznanie. – Nie chciał umie­rać jako Żyd, bo na pogrzebach żydowskich nie grają muzyki.
– A może nie chciał umierać ja­ko Żyd, bo żydowski Bóg od­wrócił się od 6 milionów zamordowanych Żydów? – Ja też tak myślę – odpowiedział pastor.

Henryk Kowalski

Muzyka w ogóle, a zwłaszcza muzyka skrzypiec, ma trudno­ści z przeciwstawieniem się złu, jest co najwyżej ucieczką w do­bro. Jednak jazz, a potem rock bardziej się przysłużyły zawale­niu komunizmu niż wiele prac sowietologicznych. Piosenki tworzone w krakowskiej Piwni­cy pod Baranami były ucieczką od kiczowatej marności socjali­zmu. Kiedy Ewa Demarczyk za­śpiewała w Moskwie „Skrzypka Hercowicza ” Andrzeja Zarzyc­kiego do tekstu wielkiego poety rosyjskiego o żydowskich ko­rzeniach Osipa Mandelsztama, zamordowanego przez Stalina, jej głos i muzyka krakowskich skrzypków były powiewem wolności.
To wtedy „Szewcy” Witkace­go w Teatrze Kalambur we Wro­cławiu w reżyserii Włodka Hermana, który w 1968 roku wy­emigrował do Danii, byli wyda­rzeniem teatralnym. Dojrzewa­ło nowe pokolenie polskich poetów. Dla Juliana Kornhause­ra, Stanisława Barańczaka, Ada­ma Zagajewskiego, Ryszarda Krynickiego i wielu innych rok 1968 był pokoleniowym przełomem.
Henryk Kowalski też należy do tego pokolenia. Studiował w Warszawie. Wyemigrował w 1968 roku, a dzisiaj jest pro­fesorem skrzypiec w Indiana University School of Music w Bloomington, w USA, która znajduje się w światowej czo­łówce uczelni muzycznych.
Urodził się po wojnie w rodzi­nie muzyków, aktorów i…fryzje­rów. Gdy jego ojciec Leon, skrzypek koncertowy, samouk z Suwałk, wybierał się przed wojną na egzamin wstęp­ny do konserwatorium war­szawskiego, którego rektorem był Karol Szymanowski, jego mama Chana zastawiła pościel, aby pożyczyć pieniądze na bi­let. We wrześniu 1939 roku Leon Kowalski w ślad za swoją jed­nostką doszedł aż do Brześcia, ale tam już jej nie było. Grał krótko w Brześciu w orkiestrze, a kiedy Niemcy zajęli miasto, poszedł dalej do Rosji. I tu grał w orkiestrze, uciekł jednak w poszukiwaniu pol­skiego wojska. Złapano go. Ofi­cer polityczny, który go przesłu­chiwał, darował mu życie, pod warunkiem że nie będzie więcej uciekał z orkiestry. Po wojnie, w Warszawie, Leon Kowalski przeczytał w gazecie, że oficer ten – Piotr Abrasimow – został ambasadorem ZSRR w Polsce. Spotkali się w 1957 ro­ku.
Z rodziny Heńka uratowali się nieliczni, ale w domu nie mó­wiło się zbyt wiele o tych czasach. Nie omijano tylko roczni­cy powstania w getcie war­szawskim, w którym zginęła większość rodziny mamy.
Do Klubu Studenckiego Sto­doła nie chciano wpuszczać 16-letniegoHeńka. – Ale jak za­grasz trochę jazzu, to cię wpu­ścimy. Więc z Grzegorzem Brudko założyłem w 1964 roku Asocjację Hagaw – mówi Hen­ryk.
Do Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej dostał się bez problemów. Był w klasie znakomitego pedagoga, profesora Ta­deusza Wrońskiego, a równocześnie jeździł z Hagawem po całej Polsce, grając jazz, zdo­bywając nagrody na festiwa­lach. Profesor Wroński poprosił go, żeby przestał, bo to defor­muje rękę. Dwa dni później pro­fesor przez przypadek włączył telewizor i zobaczył Henryka na scenie, na festiwalu w Opolu. Wezwał go do siebie i oświad­czył, że słowo jest słowem i Hen­ryk musi przejść do innej klasy. Henryk przeniósł się do Krzysz­tofa Jakowicza.
– Polityka w naszej szkole – mówi Henryk -nikogo nie obchodziła. Poza muzyką świat interesował nas tylko na wykła­dach filozofii profesora Pawła Beylina, którego wszyscy uwiel­bialiśmy.
W marcu 1968 roku ZMS zwo­łał studentów PWSM na wiec. Mieli potępić zachowanie kolegów z Uniwersytetu Warszawskiego. Odczytano prawie goto­wą rezolucję popierającą partie. Heniek Kowalski z IV roku skrzypiec, nic nikomu nie mó­wiąc, pojechał na Uniwersytet Warszawski i przywiózł dwóch studentów filozofii, aby opowie­dzieli prawdę o zajściach na Kra­kowskim Przedmieściu.
Rezolucję wyrzucono do śmietnika, a do napisania nowej powołano komitet, do którego wybrano trzech stu­dentów, w tym Henryka Kowal­skiego, oraz profesorów Pawła Beylina i prorektora PWSM, kompozytora Witolda Rudziń­skiego. Po burzliwej dyskusji entuzjastycznie przyjęto nową rezolucję, która potępiła prze­ śladowania studentów.
Wkrótce potem Henrykowi odmówiono paszportu na wy­jazd Hagawu na ważny festiwal w Niemczech, twierdząc, że swoim postępowaniem uwła­cza dobremu imieniu studenta polskiego.
Po Warszawie krążyła plotka, że kto do końca sierpnia 1969 roku nie złoży podania o emigracyjny paszport, później nie będzie mógł wyjechać. Ale He­niek i jego brat Jakub – wiolonczelista – nie chcieli wyjeżdżać.
– Wtedy do ojca – opowiada Henryk – zadzwonił rektor PWSM, prof. Marcin Zalewski. Ojciec nigdy nie mówił, że znali się jeszcze sprzed wojny.Rektor powiedział : zabierz go stąd, szkoda talentu, oni są tak na niego zawzięci, że wezmą go do wojska, a wiesz jak będą po­tem wyglądały jego ręce? Ręce skrzypka! Pojechaliśmy do Da­nii.
Z wywozem skrzypiec, zwy­kłych poprzeczniaków, nie było problemów. Przydały się zaraz
po przyjeździe : za zagrany na nich koncert Beethovena i sonatę na skrzypce solo Beli Bartoka, Henryk dostał presti­żową duńską nagrodę Jacob Grade Prize.
Pisze potem list do profesora Wrońskiego, który miał gościn­ną profesurę w Bloomington, że chce dokończyć studia. Zostaje najpierw asystentem u Wroń­skiego, a potem, po wyjeździe profesora do Polski, asystentem u profesora Gingolda. Wkrótce po dyplomie (1974) zostaje wykładowcą na tej uczelni, a od wielu lat – stałym profeso­rem. Koncertuje na trzech kontynentach, a założone przez niego z bratem Jakubem Trio Europe odwiedza najbardziej prestiżowe sale koncertowe świata.
Szczęśliwie dzisiaj nie trzeba uciekać ze skrzypcami. Można wpaść do Polski, aby zagrać z przyjaciółmi lub posłuchać skrzypiec i powspominać. I po­czuć obecność ducha Henryka Wieniawskiego, który czuwa nad wszystkimi skrzypkami, niegdyś mieszkańcami polskiej ziemi.

7-bilder-fram-till-17-06-032

wyjechac-ze-skrzypcami-2-1

wyjechac-ze-skrzypcami-2-2