Wyjechać ze Strzegomia

Źródło:

WYJECHAĆ ZE STRZEGOMIA
Są takie miasta, z których większość mieszkańców chciałaby wyjechać. To miejsca, w których nie warto się zatrzymywać. Nie dlatego, że nie mają żadnego znaczenia albo, że nie pochodzi stąd nikt ważny, ale dlatego, że niewzruszenie tkwią w swej skromnej codzienności. Taki jest Strzegom. Miasto na Dolnym Śląsku, 56 km od Wrocławia. Niemcy bronili Strzegomia zaciekle, bo w jego okolicach znajdować się miała tajna fabryka amunicji, bez której Hitler nie mógłby się obejść. Na szczęście nie obronili. Po wojnie przybyli tu, nie z własnej woli raczej, ludzie z Kołomyi, Pińska, Lwowa, Wilna, Drohobycza. Do nich dołączyli wracający z Syberii. Kazachstanu i Uralu, a nawet z Francji. I parę setek uratowanych z Holocaustu rodzin żydowskich.
Niewielu już z żyjących Niemców, którzy opuścili Striegau w 1946 r., pamięta swe ogródki pełne drzewek owocowych i krzaków agrestu. Od czasu do czasu przyjeżdżają do miasta, aby się z nim jeszcze raz pożegnać i szybko wyjechać. Żołnierze radzieccy wyprowadzili się stąd dopiero na usilną prośbę Lecha Wałęsy. Nawet prywatnie miasta już nie odwiedzają.

Maki, wiśnie i pianino
Do Strzegomia dotarłem na wiosnę 1946r. Miałem wtedy sześć lat. Jechaliśmy wagonami towarowymi z Jekaterynburga, w ramach repatriacji, przez ponad miesiąc. Pamiętam strach i niewygody tej jazdy. Pociąg ruszał, a ostatni wagon – odczepiony przez bandytów i przeznaczony przez nich i przez Boga do grabienia i zabijania – zostawał gdzieś po drodze. W wagonach z piecykami, z rurką przez dach, rodziły się dzieci, stękali starcy, słychać było płacz i kłótnie małżeńskie. Niektórzy modlili się w stronę Izraela – jak to robili, nie wiem, bo pociąg często skręcał. Jidysz mieszał się z rosyjskim, potem mówili po polsku, ale akcent rosyjski w ich polskiej mowie pozostawał do końca życia.

Na stacjach biegało się po wrzącą wodę, kipiatok. Nigdy nie było wiadomo, kiedy pociąg stanie, a kiedy ruszy. Opowiadano, że ludzie zbierali pieniądze dla maszynisty, żeby jechał dalej, bo nieraz transport potrafił stać trzy dni w szczerym polu. Worki z suszonym chlebem stanowiły podstawę wyżywienia. Dzieci kąpano w małych, ocynkowanych wanienkach. Za potrzebą wyskakiwało się z wagonu, niektórzy biegli z gaciami w rękach, gdy parowóz gwizdał na odjazd. Miasteczko przywitało mnie kwitnącymi kasztanami, chabrami i makami. Porównywałem potem kolor tych maków z tym w Hiszpanii czy Portugalii, ale nigdzie nie były one tak intensywnie czerwone, a ich roztarte między palcami płatki nigdzie nie miały takiego zapachu – najlepszego makowca na rumie. Przy drogach rosły czereśnie – pokażcie mi gdzieś na świecie drogi obsadzane czereśniami.
Matka wzięła mnie za rękę i poszliśmy do ogródków działkowych, pięknie zadbanych, gdzie zjadłem po raz pierwszy w życiu czerwone porzeczki i spróbowałem smaku wiśni szklanek. Posadziłem potem w swoim ogrodzie pod Sztokholmem krzaki porzeczek. Każdego roku, kiedy dojrzewają, myślę o tych, które pokazywała mi moja piękna matka rok po wojnie, w ogródkach pod Górą Krzyżową, niedaleko zrujnowanych przez wojnę domów Strzegomia.
Niemcy opuszczali miasto. Zostawiali posprzątane mieszkania z naczyniami poukładanymi na swoich miejscach w kredensach ze szklanymi drzwiczkami. W naszym mieszkaniu było pianino marki Seiler, na ścianach obrazy. W piwnicach też był porządek, sanki, narty i łyżwy przechodziły teraz na własność dzieci Holocaustu.

Żanna, pocałunek na schodach

Żydzi szybko się zorganizowali, łącząc żydowską przezorność i potrzebę odbudowania swego życia z polską pokorą i zgodą na to co Pan Bóg da i na co władza pozwoli. Z nadzieją na trochę lepsze czasy. Powstały trzy średniej wielkości spółdzielnie żydowskie, po kilkuset zatrudnionych: zakłady trykotażu, mebli i Wyrobów krawieckich, w których produkowano stoły i krzesła, szyto płaszcze i kołdry, robiono swetry. Nie pamiętam sklepów żydowskich, te prywatne były polskie. W pierwszej cukierni Roma na rynku pachniało miodem i wanilią.
Mój ojczym, podoficer Wojska Polskiego, zaadoptował mnie jeszcze w Jekaterynburgu (prawdziwy ojciec zginął latem 1941r., po najeździe hitlerowców na ZSRR, gdzieś pod Charkowem). Grzegorz Kantor uratował się cudem z bitwy pod Modlinem we wrześniu 1939. Całą jego rodzinę wymordowano w czasie wojny w getcie w Kołomyi. Nigdy nic nie mówił o czasach swej młodości. Wspomniał tylko raz, że jego oddział pod Modlinem otoczyli Niemcy. Znalazł dziesięciu Żydów – stanęli przy drzewach i pomodlili się w stronę Jeruzalem. Ojciec był pewny, że ta modlitwa uratowała mu życie.
Niemcy wzięli polskich żołnierzy do niewoli i wywieźli ich do Bawarii, do pracy w gospodarstwach rolnych. Ojciec uciekł – znał dobrze niemiecki i pieszo poszedł w stronę gra nicy rosyjskiej. W ZSRR wysłano go do pracy w fabryce czołgów koło Jekaterynburga ze względu na jego techniczne wykształcenie. Na Uralu spotkał moją owdowiałą mamę; po wojnie zabrał ją i mnie do Strzegomia.
Zamieszkaliśmy w dwupiętrowej kamienicy przy ulicy Marszałka Roli-Żymierskiego 33, nazwanej potem Feliksa Dzierżyńskiego, dzisiaj zaś Paderewskiego . Za Niemców ulica nazywała się Wilhelmstrasse. W Archiwum Śląskim w ,,Adressbuch der Stadt Striegau” można się dowiedzieć, że w domu tym mieszkali m.in.: nauczyciel Ferdinand Fuchs, szewc Otto Steuer, inspektor podatkowy Paul Walter i panna Agnes Schrimer. Po nich zamieszkali: religijny Żyd Lebenbaum, bez zawodu, z żoną Idą, też bez zawodu, i z piękną córką Chają. A także krawiec Krymko z żoną Rają i trojgiem dzieci oraz mechanik w fabryce trykotaży- pan Kornfeld z żoną, niebywałej piękności Rosjanką Iriną Stiepanowną.
Największe mieszkanie miał prokurator wojskowy, który zawsze nosił pistolet, pan Goryn z córeczką Żanną. To tę dziewczynkę z dwoma warkoczykami pocałowałem jako pierwszą w życiu – na schodach. Chciała się ze mną całować, gdy wyjeżdżała z ojcem i matką do Izraela w 1948r. Do ich mieszkania wprowadziła się potem pierwsza polska rodzina – pan Bogdan (nazwiska nie pamiętam) pracował jako oficer w pobliskim obozie karnym i chodził w szarym mundurze, czasem nosił karabin.

Debaty pod latarnią
Ojciec wraz z polskimi robotnikami pracował przy odbudowie fabryczki mebli. Znał się na obsłudze pił taśmowych i tarczowych, a i heblarki, i strugarki nie były dla niego problemem. Natychmiast też zaczął budować dom modlitewny- bożnicę, jak ją nazywał. Budował ją z kilkoma Żydami w pokojach na parterze naszej kamienicy. Był człowiekiem bardzo religijnym, codziennie po pracy czytał Biblię lub chodził bez słowa po mieszkaniu, tam i z powrotem, pogrążony w jakichś głębokich rozmyślaniach. Wyglądało na to, że tak naprawdę nigdy o Strzegomia nie przyjechał i jakby był tutaj nieobecny.
Matkę pamiętam ciągle zapłakaną, w nostalgii za swoim pięknym Charkowem, miastem parków, wyższych uczelni, muzyki i teatrów. Jej płacz ciągnie się za mną przez cale życie. Po wojnie grała na pianinie rosyjskie romanse. Latem ludzie przystawali pod otwartymi oknami naszego mieszkania, które było na pierwszym piętrze i słuchali.
Pod koniec lat 40. w Strzegomiu była już żydowska szkoła podstawowa, przedszkole, żłobek, teatr amatorski, w którym grała moja mama, biblioteka, dom kultury, łaźnia nazywana parówką, wreszcie ośrodek zdrowia. Był też jakiś komitet żydowski, ale ojciec nigdy tam nie poszedł. Pewien dość stanowczy facet ciągnął tam Żydów na jakieś partyjne zebrania. Ojciec mówił, że to głupek, który nie przychodzi do bóżnicy nawet na najważniejsze święto żydowskie Jom Kipur. Sądnego Dnia, kiedy wszyscy Żydzi dokonują rachunku sumienia, odmawiają modlitwy pokutne, wybaczają doznane krzywdy, modlą się za zmarłych i za unieważnienie wszystkich niedotrzymanych zobowiązań wobec Boga i proszą o wybaczenie wyrządzonych komuś krzywd.
A poza tym Żydzi strzegomscy, zamiast chodzić na te zebrania, do późna w nocy rozprawiali o polityce – pod gazową latarnią u zbiegu ulic Bieruta2 i Roli-Żymierskiego 33. A facet, który ich na zebrania naganiał, potem szybko wyjechał z rodziną do Warszawy i tam zrobił karierę partyjną.
W 1946r. Strzegom oferował wielkie ilości cegły na odbudowę stolicy. W ten sposób nasze miasto nie tylko przysłużyło się ludziom żywym i ocalałym po wojnie, ale też oddało hołd historii Polski i Szwecji bo kolumnę Zygmunta III Wazy w Warszawie wykonano ze słynnego granitu strzegomskiego ( warszawski pomnik Bohaterów Getta wykonany jest z labradorytu, który Szwecja – kraj, w którym dziś mieszkam – sprzedała w 1942r. Hitlerowi na jego przyszłe pomniki zwycięstwa).

Ojciec oddał paszporty
A jednak czasy nie były dobre dla miasta. Przez dziesiątki lat władzy ludowej Strzegom, jak wiele miejscowości na Dolnym Śląsku, stopniowo zapadał się ze wstydu ,jakby nie chciał lub nie mógł pokazać swego blasku. Ocalałe fragmenty ulic stawały się pod władzą ludu smutną prowizorką, a szara tymczasowość zwyciężała. Tylko ratusz na rynku i kościół zaświadczały o dawnej urodzie znanej z niemieckich widokówek. Także natura długo stawiała opór władzy, ale w końcu i piękny park u podnóża Góry Krzyżowej został zabudowany monotonnymi domami.
Teraz miasto otoczone jest firmami kamieniarskimi handlującymi granitem strzegomskim i eksponującymi nagrobki różnej wielkości i ,,na każdą kieszeń”. Tylu nagrobków na metr kwadratowy urodzajnej ziemi nie ma nigdzie, przynajmniej w Polsce. Każda droga dojazdowa, ale też doczesna wędrówka kończy się kamieniem nagrobnym przy Strzegomiu.

A jednak z mieściny powoli wynosi się smutek i beznadziejność, zapewne właśnie dzięki granitowym nagrobkom, które przynoszą dostatek wspólnocie miejskiej.
Nie potrafię sobie ani moim dobrym znajomym – którzy czasem lubią posłuchać o tym mieście -wytłumaczyć, dlaczego noszę tę ziemię i to miasteczko głęboko w sercu i obdarzam je beznadziejną, głęboką miłością – może nawet większą niż uczucie pisarki Olgi Tokarczuk do jej Nowej Rudy, które pozwala jej uważać to biedne i skromne miasto na Dolnym Śląsku za piękniejsze od Wenecji. Kto wie, może moje uczucie bierze się stąd, że po łapance w 1968r. przez ponad 20 lat zabroniono mi patrzeć na krajobraz dzieciństwa? A może zaznałem tam wiele dobra i ciepła, którego potem nigdzie na świecie nie mogłem – w takim stopniu – doświadczyć? Choćby dlatego, że nauczyciele polscy w naszej szkole głaskali nas, małe jeszcze dzieci Holocaustu, po główkach i zamiast trójki z plusem dostawaliśmy czwórki?

Wyrastałem tam wśród ludzi wygnanych, dotkniętych złem ogromnym, z Kresów Wschodnich i z Galicji; Żydów i Polaków, którzy stracili w swoim życiu wszystko oprócz życia: krajobrazy, pola i wierzby, rzeki, miasta i miasteczka, z którymi z pewnością nie chcieli się rozstawać do końca swoich dni. A jednak w miasteczku, w którym się znaleźli, na innej ziemi, zło – pomimo ruin – było niezauważalne, a już na pewno w codzienności swojej mniej widoczne. Było tu więcej życzliwości niż brudu, więcej spokoju niż trwogi.
Mimo to społeczność żydowska miasta miała wiele obaw, zwłaszcza po 4lipca 1946r., gdy w Kielcach zabito 42 spośród 150 osiadłych tam Żydów, a 40 zostało rannych. Żydzi na całym Dolnym Śląsku zaczęli wtedy po cichu mówić między sobą, że trzeba jechać gdzieś dalej. Ale dokąd? Izrael dopiero powstawał i jedynie z trudem przez radiostację Kol Israel nadającą w języku jidysz można było odebrać w Strzegomiu informacje o tym, co się tam dzieje. Jeszcze przez wiele lat Żydzi i Polacy nie wyjeżdżali i żyli ze swoimi sąsiadami w szacunku i zgodzie. I w Strzegomiu nikt nie zginął, choć było tu po wojnie dziesięć razy więcej Żydów niż w Kielcach.
Po pogromie kieleckim strach padł na miasteczko, a ojciec na noc ryglował drzwi żelazną sztabą. Matka płakała jeszcze głośniej. Chlipiąc, mówiła, że może trzeba było jechać do Australii lub Kanady, bo dalej od Strzegomia już nie było można. Kiedyś ojciec przyniósł do domu paszporty do Izraela, ale matka zaczęła szlochać jeszcze głośniej. Przez łzy i szloch dobiegały słowa, że nigdy w życiu nie zobaczy Charkowa. Ojciec oddał paszporty.

Nie mów o Wolnej Europie
W niedziele wieczorem przychodził do nas pan radca Raczyński, ubrany w elegancką, trochę przydługą marynarkę. Siadali z ojcem przy radiu i słuchali Wolnej Europy, a potem szeptali po cichu. Ojciec nie chciał, żebym coś słyszał, dlatego stale odganiał mnie od radia. Pan Raczyński pracował jako stróż w fabryczce mebli, przed wojną był prawnikiem , w czasie wojny – oficerem AK. Zazwyczaj przychodził do nas, gdy w Strzegomiu coś się działo: brakowało chleba, wprowadzono kartki na jedzenie, umarł Stalin. Radca uważał, że ukryje i przechowa się łatwiej w małym miasteczku, bo do najbliższej komendy UB w Świdnicy było aż 18km.
Pewnego dnia ojciec poszedł do prezesa spółdzielni poprosić, by radcę przeniesiono do działu księgowości. Nie uchodziło przecież, by przedwojenny prawnik w eleganckiej marynarce był stróżem. Prezes zgodził się tylko dlatego, że nikt inny oprócz ojca nie potrafił po wojnie w Strzegomiu przewinąć wirnika motoru elektrycznego. A motory w fabryczce mebli paliły się parę razy w miesiącu.
Kiedyś, w czwartej klasie podstawówki, podniosłem rękę i powiedziałem nauczycielce polskiego, pani Jaskulskiej, i wszystkim obecnym w sali, że wiem, dlaczego w Polsce nie ma mięsa. Zapytała: ,,Kantorek, dlaczego?”.
,,Bo w Polsce jest Świnoujście, a tam jest dużo rosyjskich statków”. ,,A skąd to wiesz?”. ,,A bo mój tata i pan Raczyński słuchają Radia Wolna Europa i tam tak mówią”. Pani Jaskulska nie poszła na UB, tylko poprosiła ojca na rozmowę. Ojciec przestrzegł mnie później, żebym nigdy o tym nie mówił, bo za to idzie się do więzienia.
Dzieci polskie bawiły się z żydowskimi. Jedynie dwie dziewczynki niemieckie zawsze przyglądały się zabawom z pewnej odległości i bały się do nas podejść. My ich nie odtrącaliśmy, ale i nie zapraszaliśmy do zabawy. Ich młoda matka postradała zmysły, kiedy dowiedziała się, że jej mąż zginął na froncie. Nie potrafiła mówić, bełkotała coś pod nosem, chodziła przez okrągły rok w używanym futrze i czapce, zbierała ogryzki, resztki chleba i pakowała do torebek – miała ich zawsze sporo przy sobie. Na imię jej było Lusia, a my przezywaliśmy ją „Lusia-wariatka”. Zarabiała na utrzymanie, myjąc podłogi w polskich i żydowskich domach. Ktoś opowiadał, że zgwałcili ją rosyjscy żołnierze. Musiała być piękną, wysoką, smukłą kobietą, która swą urodę zachowała jeszcze po wojnie, choć jej wzrok przypominał spojrzenie półdzikiego kota.

Na co czapki w Izraelu?

Żydzi zaczęli się szykować do wyjazdu po „wypadkach kieleckich”. Zaczęli wyjeżdżać po śmierci Stalina w 1953r., bo łatwiej było o paszport. Potem – po 1956. Na początku lat 60. mieszkało w Strzegomiu już tylko kilkanaście rodzin żydowskich . Byłem przerażony, że
zostanę sam, a kolegów już nigdy nie zobaczę.
Moi polscy koledzy mieli fajniejsze życie, było ich więcej. Na Boże Narodzenie mieli choinkę, którą mi oddawali po Trzech Króli. Zawieszałem na niej jakieś jabłko i trochę kolorowych papierków, bo ani jednej prawdziwej bombki w naszym domu nie było. Koledzy Rysiek Nowiński i Rysiek Woźnica z siostrą Krysią kazali mi czekać w oknie, kiedy wracali z pasterki. Rzucali śnieżką w okno i mówiliśmy sobie „hej”. Tak mało i tak dużo zarazem. Potem „dorośliśmy” i rozjechaliśmy się po szkołach i internatach.
W l968r. w mieście były już tylko cztery rodziny żydowskie . Wyrzucony po Marcu ’68 z pracy na uczelni w Opolu – gdzie stałem się ,,zwierzyną łowną”- pakowałem się do wyjazdu w Łodzi, gdzie mieszkała moja żona. Pojechałem pożegnać się ze Strzegomiem.
Obszedłem miasto pogrążony w straszliwym smutku, wszedłem do pracowni czapnika Samuela Ledermana i zapytałem go, dlaczego nie wyjeżdża. Odpowiedział, że ma żonę Polkę i boi się, jak ona mogłaby zostać przyjęta w Izraelu. Potem powiedział: ,,Ja panu coś powiem. Ja umiem tylko szyć czapki, a kto potrzebuje czapek w Izraelu? Mam też nowy rower, niech pan popatrzy jakie tu są szprych. Słyszałem, że celnicy wyrzucają z bagażu wszystkie nowe rzeczy”. Spojrzał na mnie smutnym wzrokiem. Wyszedłem i poszedłem na stację kolejową.
Nie byłem w Polsce przez 20 lat. Nie wpuszczano mnie. Przyjechałem dopiero w 1989 r., kiedy skreślono mnie z „czarnej listy wrogów PRL'”. Pojechałem do Strzegomia.
Był koniec maja, ani jednego samochodu na drodze, bo benzyna była na kartki. Zatrzymałem się przy wjeździe do miasta, rozpoznałem Górę Krzyżową i 20 wysokich topoli, ale nie miałem siły tam wjechać. Posiedziałem w rowie wśród tych samych maków i chabrów, które wl946 r. przywitały moich rodziców i uratowane z wojny dzieci Holocaustu. Pomyślałem, że oddam w ten sposób hołd tej ziemi, która wtedy mnie przyjęła , i przyjadę za rok, rozkładając na raty niezrozumiały, ściskający gardło straszliwy ból.
Są na świecie miasta, z których zawsze należy wyjeżdżać. Są miasta, w których mieszkamy, ale jesteśmy w nich nieobecni. Są miasta, w których stale jesteśmy, mimo, że już od dawna w nich nie mieszkamy. Taki jest Strzegom, 56km na południe od Wrocławia.

PowerPoint-presentation

wyjechac-ze-strzegomia-1 wyjechac-ze-strzegomia-2